Polska siła i nasze partactwo

Przeczytałem ostatnio książkę George'a Friedmana "Następne 100 lat". Książka miła dla polskiego czytelnika, bo przewiduje wzrost pozycji naszego kraju w najbliższych dziesięcioleciach. Przewiduje też, że po najbliższej dekadzie marsz Kremla do odbudowy imperium zostanie zatrzymany, a nawet nastąpi ostateczny upadek wschodniego mocarstwa. Analiza Friedmana dotycząca zachowań Rosji jest tak dokładna i przejrzysta, jakby była robiona przez analityków z tej części świata, a nie przez teksańskiego znawcę geopolityki. Większość jego przewidywań dotycząca innych krajów jest tak samo precyzyjna. Choć nie mam tu aż tyle wiedzy, zakładam jednak, że są one równie mocno zakorzenione w materiałach źródłowych.

Friedman może mieć rację - jesteśmy skazani na sukces. Autor nie przejmuje się naszymi politykami, wręcz sugeruje, że ich poziom wynika z potężnej gry Rosji i rosnącego zaangażowania Niemiec w Polsce. Mało też przejmuje się dzisiejszym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Sądzi, że USA nie mają wyjścia i muszą oprzeć się w Europie na Polsce. To, jego zdaniem, zapewni nam wzrost znaczenia politycznego i gospodarczego. Może więc nie powinniśmy tak bardzo przejmować się obecną sytuacją, lecz patrzeć optymistycznie w przyszłość? Obóz prawicy niepodległościowej to obóz proamerykański, a więc przyjdzie czas na tych, którzy walczyli najpierw o suwerenność Polski, a potem robili, co mogli, by Polska z tej suwerenności chciała skorzystać.

Z większością tej analizy się zgadzam. Mam tu jednak pewne ale... Nawet jeżeli światem rządzą beznamiętne reguły geopolityczne, jest miejsce zarówno na arcygeniusz, jak i arcypartactwo. Polska może iść do przodu, blokując pokojowo rosyjską ekspansję. Pokazaliśmy to już w Gruzji i na Ukrainie. Nasz kraj może też zapadać się w wewnętrznych problemach wynikających głównie z choroby rodzimej klasy politycznej i szerzej całych elit. Niczego dobrego nie spodziewam się po wymierającej już formacji postkomunistycznej, myślę tu zarówno o SLD, jak i PSL. Niewiele więcej mam nadziei na głębokie przemiany w PO, choć tacy ludzie jak Jarosław Gowin czy Krzysztof Kwiatkowski burzą mi klarowny obraz Platformy jako szajki kierującej się wyłącznie prywatą. Jednak czegoś istotnego spodziewam się i wymagam od polityków PiS. Trudno sobie wyobrazić zwycięstwo rzymskiego legionu, jeżeli w szeregach dzielnych żołnierzy znalazłoby się kilku miłośników żołdu, paru ewidentnych tchórzy i strojnisie, którzy koniecznie chcieli przywdziać świecącą zbroję. Taki szereg, mimo bohaterskiego oporu większości, łatwo pęknie. Politycy PiS sami muszą sobie podwyższać poprzeczkę i powinni do pierwszego szeregu dobierać najlepszych. Nie ma walk z góry wygranych albo przegranych. Są za to dowódcy i żołnierze zdolni do zwycięstwa albo do kapitulacji. Można wygrać przy małych środkach, jeżeli wszystkie działania podporządkuje się sukcesowi. Oznacza to jednak przesunięcie na dalszy plan ludzi, którzy do walki się nie nadają. Można przegrać, mając potężne siły, jeżeli myśli się o wszystkim, tylko nie o sukcesie.

Oprócz woli zwycięstwa trzeba jeszcze mieć pomysł. Oczywiście, genialni wodzowie miewają często dobre pomysły. Nie zawsze jednak starcza czasu i natchnienia. Do planowania sukcesu potrzebny jest profesjonalny sztab. To, co mi imponuje w amerykańskiej kulturze, to zdolność zorganizowania takiego sztabu do osiągnięcia jakiegokolwiek istotnego politycznie czy społecznie celu.

W Polsce powstanie sztabu wymusza ordynacja wyborcza. Gdyby nie to, pewnie wiele partii opierałoby się na natchnieniu wodza albo kilku znajomych mających dostęp do ucha szefa. Prawdziwe sztaby planują sukces od samego początku. Nie ma w tym ani jakiejś wielkiej magii, ani rzeczy trudnych do nauczenia. Trzeba przestrzegać pewnych reguł gwarantujących osiąganie wyznaczonych celów, nawet jeżeli czasem musimy współpracować z ludźmi, których nie darzymy sympatią.

Polska ma szansę, by być prawdziwym liderem regionalnym, a Polacy żyć w dobrobycie. Trzeba jednak najpierw nauczyć się wygrywać we własnym kraju. 2005 r. był czarnym snem dla kilku wrogów Polski. Jeszcze bardziej przerazili się ich rodzimi pomocnicy pleniący się w polityce, mediach i biznesie. Mam wrażenie, że ostatnio znowu wyglądają na trochę zalęknionych.


Tomasz Sakiewicz