Czym PiS może pokonać Platformę

Obejrzałem uważnie debatę obydwu kandydatów na kandydatów. Formalnie spełniała wszystkie warunki amerykańskich prawyborów. Faktycznie nie miała nic wspólnego z jakimkolwiek wydarzeniem, które może mieć miejsce w kraju o mocno ugruntowanej demokracji. Nie chodzi wcale o sztuczność polityków biorących w niej udział ani też o wyuczone formułki robiące z dyskusji parodię. To się zdarza, choć pretendenci zwykle płacą za to poważną cenę. Szokujące było coś zupełnie innego: zredukowanie dziennikarzy do roli pasa transmisyjnego tej szopki. Debata była sztuczna nie dlatego, że pytający nie posiadali doświadczenia, lecz dlatego, że nie mieli w sobie nic z dziennikarzy. Trudno się zresztą dziwić, skoro są politykami. Platforma mimo gigantycznej przewagi w sondażach nie ryzykowała realnego kontaktu z opinią publiczną. Dziennikarstwo, takie z prawdziwego zdarzenia, uznano za zagrożenie.

Wprawdzie PO cieszy się poparciem większości mediów, sympatyzuje z tą partią znaczna część popularnych publicystów i celebrytów, to jednak jej to nie wystarcza. Sympatie dziennikarzy dla PO nie są bezwarunkowe. Politycy Platformy przekonali się o tym choćby na początku afery hazardowej, kiedy to dwójka reporterów z TVN po prostu rozjechała Grzegorza Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego. Widziałem ostatnio wysiłki Tomasza Sekielskiego, by stworzyć film, który równo dokopie wszystkim politykom. Pewnie nie chciałby przejść do historii z łatką przyjaciela Platformy.

Młodzi dziennikarze zaczynają szanować swój zawód. Z właścicielami mediów jest trochę gorzej, ale i oni uczą się, że żeby istnieć na rynku, muszą zachowywać pewne minimum. Czytelnicy cenią odwagę i nowość. Cenzura i sztampa są tego zaprzeczeniem.

PO pokazała dziennikarzom, jak bardzo lekceważy swobodną debatę i tym stworzyła przestrzeń dla PiS. Ale jeżeli PiS chce się odróżnić od PO, nie powinien starać się zastąpić propagandystów PO propagandystami PiS. Musi ich zastąpić dziennikarzami samodzielnie myślącymi.

Prawdziwą alternatywą dla tego, co wyrabia Platforma, nie jest przykrycie nachalnego propagowania partii własnym słowotokiem, lecz propagowanie wolności i niezależności mediów. Niezależność wcale nie oznacza braku sympatii, oznacza jednak swobodę debaty.

Oczywiście istnieje cena takiego działania. W swobodnej debacie obrywać będzie nie tylko przeciwnik, ale dostać można również samemu, często niesprawiedliwie, a jeszcze częściej przesadnie. Tylko czy PiS ma alternatywę?

Prawica w Polsce przez lata nie potrafiła stworzyć silnych mediów. Brakowało pieniędzy i fachowców. Powoli powstają nisze, a nawet całkiem spore środowiska, które stają się źródłem kadr, ale dysproporcja w porównaniu z obozem liberalno-lewicowym ciągle jest spora. Proces koncesyjny niemal zamknął media elektroniczne w jednej grupie światopoglądowej. Wyjątkiem jest tu internet. Trzeba jednak pamiętać, że internauci jak nikt cenią swobodę debaty.

PiS może zaoferować dziennikarzom coś równie cennego jak pieniądze: wolne słowo. To z tego obozu powinny wychodzić inicjatywy łagodzenia komunistycznego prawa prasowego, troska o dziennikarzy, którzy łamią tabu i zachęta, by tworzyć bez skrępowania. Oczywiście nie mówię tutaj o przypadkach absolutnie skrajnych, np. celowego obrażania uczuć religijnych.

PO w sprawie wolności słowa ma wyjątkowo miękkie podbrzusze. Doświadczyliśmy tego na własnej skórze. PiS pomoże sobie i zrobi coś pożytecznego dla Polaków, jeżeli tę słabość partii "liberalnej" wykorzysta.


Tomasz Sakiewicz



Już regularnie milion osób ogląda program "Pod prasą". Jest nas więc więcej niż widzów tego typu programów w telewizjach komercyjnych. Według najnowszych informacji "Pod prasą" ma być emitowane w TVP w niedzielę o 10.30. Sukces odniosła też "Gazeta Polska", która jako jedna z niewielu w styczniu tego roku (w stosunku do tego samego okresu) zwiększyła sprzedaż. Ale największy sukces odniosło "Nowe Państwo" - w ciągu roku jego sprzedaż wzrosła dziesięciokrotnie. Dochody z "Nowego Państwa" pomagają utrzymywać portal Niezależna.pl.