Radykał


Marzeniem każdego polityka i każdego komitetu wyborczego jest, by znaleźć się w środku głównego nurtu politycznego. Wyparcie na obrzeża oznacza zwykle utratę jakiejś części wyborców. Obydwaj główni pretendenci do fotela prezydenta starają się więc przybliżyć do mistycznego środka, delikatnie dystansując się od skrzydeł, ale jednocześnie utrzymywać ich poparcie. Zresztą poparcie skrzydeł zwykle jest większe od samego środka.

Wielokrotnie opowiadałem się za budowaniem koncepcji PO-PiS. Nawet jeżeli była ona nierealna politycznie, to dawała szansę na odzyskanie części elektoratu środka. Alternatywą dla takiego myślenia mogło być jedynie budowanie PiS-SLD, czyli pójście skrzydłami. Nawet jeżeli ktoś miał taki pomysł, absolutnie nie powinien go ujawniać, bo jednocześnie wychodził i na radykała, i na cynika. A tego nie zniesie żaden wyborca.

Dzisiaj obydwaj kandydaci starają się prezentować łagodny ton, czyli zbliżać do środka, co - ku mojemu zdziwieniu - nieźle wychodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu, a dużo gorzej Bronisławowi Komorowskiemu. Ilość niezręczności, którą popełnił Komorowski, w normalnej demokracji pozbawiłaby go jakichkolwiek szans. Nie pozbawiła, a po miesięcznej hossie Kaczyńskiego odzyskał nawet nieco pola w sondażach. Założyłem się, że tak będzie, i niestety miałem rację. Jaki jest tego powód? Komorowski nie musi walczyć o środek, bo radykalne skrzydło zbudowały mu media. Spiskowe teorie powielane przez "Gazetę Wyborczą"i TVN o tym, że współwinnym katastrofy mógł być prezydent Lech Kaczyński, manipulacje rzeczywistością sięgające granic absurdu, np. że koncert zorganizowany przez "Gazetę Polską"ku czci ofiar katastrofy był wyborczym wiecem (w dziesięciotysięcznym tłumie nie widziałem ani jednego polityka PiS-u), tworzą wystarczająco radykalne skrzydło.

Łomot, który Kaczyński na co dzień dostaje od prasy, radia i telewizji, pozwala automatycznie wykreować się Komorowskiemu na całkiem wyciszonego i stonowanego polityka.

Kaczyński nie ma silnego medialnego skrzydła. Wraz z wyciszeniem samego kandydata wyciszyła się większość tych mediów, które traktowały go trochę lepiej niż najgorszego wroga. Czasem decyduje o tym zwykły koniunkturalizm ich szefów, czasem zupełne niezrozumienie reguł politycznych. Wyciszanie mediów zostawia Kaczyńskiego na flance. Gdy się odezwie, stanie się najbardziej radykalny, choćby mówił wyłącznie o miłości.

Kaczyński powinien publicznie tonować wypowiedzi pojawiające się w mediach. Ale te wypowiedzi muszą się pojawiać i nadawać się do tonowania. Niestety, lider PiS za chwilę stanie się, chcąc nie chcąc, ich najgłośniejszym akcentem, bo wszystkie zauważalne będą pochodzić z przeciwnej drużyny.

Jak na razie, musi sobie poradzić z zarzutami o "agresywnym milczeniu". Kiedy go usłyszymy, łomot będzie jeszcze większy.

Jeżeli chodzi o mnie, uważam, że trzeba pomóc Kaczyńskiemu wygrać te wybory, ale jednocześnie trzeba robić swoje. Zbytnie wsłuchiwanie się w pomysły polityków kończy się zwykle fatalnie i dla nich, i dla mediów.

Naszym celem jest dzisiaj peł-ne wyjaśnienie tego, co stało się 10 kwietnia, i zatrzymanie prorosyjskiego lobby. Bardzo trudno będzie to osiągnąć, jeżeli wygra Komorowski. Jeszcze trudniej, jeżeli z tych celów sami zrezygnujemy.

Tomasz Sakiewicz