Pałowanie pamięci


Czasem przypomina mi się pewna dramatyczna scena z filmu "Człowiek z żelaza" Andrzeja Wajdy (reżyser jest niekwestionowanym idolem "Gazety Wyborczej"). Młody Maciej Tomczyk szukał grobu swojego ojca Mateusza Birkuta. Grób został cichcem usunięty z cmentarza. Komuniści bali się godziwego pochówku ofiar grudnia 1970 r. Walka z pamięcią była w ZSRR i całym czerwonym imperium niezwykle istotną częścią polityki. Przypominając ofiary, można było przecież przypomnieć to, o co walczyli, a nawet zapytać, kto odpowiada za ich śmierć.


Dla członków redakcji "Gazety Polskiej" ci, którzy zginęli pod Smoleńskiem, byli kimś więcej niż tylko elitą państwa polskiego. Kiedy zebraliśmy się wieczorem 10 kwietnia w redakcji, z trudem mogliśmy powstrzymać łzy, bo wielu z nas straciło po prostu bliskich i przyjaciół.


Jedną z pierwszych decyzji, jaką podjęliśmy, było zorganizowanie (w miesiąc po katastrofie) koncertu pamięci ofiar tragedii smoleńskiej. Od lat inicjowaliśmy koncerty polskiego śpiewania. Tym razem nadaliśmy temu spotkaniu szczególnie uroczysty charakter. Nie chcieliśmy, by koncert dzielił kogokolwiek i dlatego postanowiliśmy, że uczcimy wszystkie ofiary i rezygnujemy z jakichkolwiek akcentów politycznych i czegokolwiek, co mogłoby ludzi podzielić. Nie przyjęliśmy pieniędzy na organizację uroczystości od instytucji politycznych. Jedność obecnych i jedność ofiar miało symbolizować 96 róż niesionych w pochodzie i tyle samo wypuszczonych gołębi. Na scenę nie wpuściliśmy żadnego polityka, a artystów prosiliśmy, by w swoich występach nie robili akcentów, które mogłyby być odebrane jako element polityki. Dziesięć tysięcy osób przez cztery godziny uczestniczących w koncercie dokładnie zrozumiało naszą intencję. Mimo że w tłumie było wielu gorących zwolenników jednego z kandydatów, udało się utrzymać nastrój zadumy i refleksji.


Jednak "Gazecie Wyborczej" to nie wystarczyło. Od dwóch tygodni przekonuje wszystkich, że zorganizowaliśmy wiec wyborczy Kaczyńskiego. Ponieważ żaden element koncertu nie nadawał się, by taką tezę przeprowadzić, dowodem na nasze niegodziwe zamiary ma być mój komentarz w "GP", w którym poparłem Jarosława Kaczyńskiego. Na samym końcu tekstu, w osobnym akapicie, zaprosiłem na koncert. Kolejnym dowodem naszych zbrodni, zresztą dużo mocniej akcentowanym, jest spontaniczna wypowiedź szefa radiowej Trójki Jacka Sobali. Zaapelował on do obecnych, by uwierzyli, że Polska nie jest dla łajdaków. Nie wskazywał i nie sugerował, kim oni są. A jednak te słowa uznano za powód do żądania jego dymisji. "Wyborcza" dostała po jego krótkim przemówieniu histerii. "Gazecie Polskiej" zarzuca udział w organizacji oficjalnego wiecu wyborczego, czyli naruszenie prawa. Przyjmując już zupełnie serio lament "Wyborczej", szef Trójki swoim wystąpieniem zmniejszył szansę łajdaków, a poprawił notowania niełajdaków. Rzeczywiście karygodne słowa i świadczące o skłonnościach do dyskryminacji mniejszości bronionej przez "GW".


Ataki "Wyborczej", będące zwykłą grą polityczną o wyeliminowanie z mediów ludzi myślących inaczej niż Adam Michnik, nie są niczym nadzwyczajnym. Zdumiał mnie dopiero list Krystyny Mokrosińskiej, szefowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. W liście tym powtarza wszystkie bzdury cyngli z "GW" o organizowaniu wyborczego wiecu i żąda wyjaśnienia roli, jaką w tym wiecu odegrał Jacek Sobala. Mokrosińska w rozmowie ze mną przyznała, że sama nie sprawdziła zarzutów wobec organizatorów koncertu. Jej list, publicznie ogłoszony na portalu "Gazety", jest oczywiście wyraźną pomocą w akcji czyszczenia nieprawomyślnych dziennikarzy z mediów. Jest też potwornym policzkiem dla tysięcy biorących udział w koncercie.


Wyobrażam sobie, co czuł młody Tomczyk (symbol tysięcy rodzin ofiar komunizmu), kiedy nie mógł znaleźć grobu ojca. Tego rodzaju bezsilności i poniżenia doznałem, kiedy dowiedziałem się, że czymś niecnym jest próba uczczenia przeze mnie poległych przyjaciół. Jakiego upodlenia człowieka trzeba, by coś takiego zrobić bliźniemu?


Wiem, kogo chronili komuniści, domyślam się, kogo tym razem chroni "Gazeta Wyborcza". Zupełnie nie rozumiem jednak, co w tym wszystkim robi szefowa SDP. Muszę przyznać, że nie za bardzo nawet chce mi się wchodzić w jej intencje. Skrzywdziła wielu ludzi i żadne tłumaczenie tu nie pomoże.


Słucham w internecie po raz kolejny przemówienia Sobali o łajdakach i nie mogę pojąć, że tyle osób odebrało to tak osobiście...



Tomasz Sakiewicz