Powrót gęby strasznej


Jeżeli coś w PRL naprawdę doprowadzało mnie do przygnębienia, to nie kolejki po żywność i papier toaletowy, cwałujące po ulicach ZOMO czy tragikomiczne książki do nauki historii. To wszystko, choć wkurzało, było jeszcze do ścierpienia. Nie mogłem, po prostu nie mogłem patrzeć na te straszne gęby, które z telewizora i przez gazety, tonem moralizatorskim tłumaczyły mi przyjaźń polsko-radziecką oraz wyjaśniały, że to, na co patrzę za oknem, jest zupełnie inne, niż widzę. Ostatnie dwadzieścia lat, choć nie całkiem bez udziału strasznych gąb, zepchnęło je jednak gdzieś do narożnika. Manipulacji dopuszczano się na ogół dużo subtelniej. Czasem "Gazeta Wyborcza" pojechała zupełnie po bandzie czy TVP nakręciła coś w stylu "Dramatu w trzech aktach", ale jednak dominował obraz mniej zdeformowany.

Od kilku tygodni na ekrany i łamy gazet bezwstydnie i na całość wpełzają straszne gęby. Plują, kłamią i zajmują mi już niemal cały ekran, nie dając szansy na chwilę bez irytacji. Choć gęby są różnopłciowe i różnowiekowe, łączy je jednak wiele wspólnego. Z gardzieli zamontowanych w głębi gąb wydobywają się dźwięki przekazujące zbliżone tezy. Jedną z nich jest konieczność umacniania przyjaźni polsko-rosyjskiej poprzez negowanie jakiegokolwiek związku Rosji z katastrofą. Katastrofa nie była rosyjska, bo wprawdzie rosyjski był samolot, lotnisko i kontrolerzy lotów, a nawet w Rosji robiono remont, ale na pokładzie był polski prezydent. Obecność Lecha Kaczyńskiego, już bez sprawdzania faktów, zmusza gęby do wyplucia tezy, że prezydent kazał lądować w środku lasu.

Kto myśli inaczej, jest opętany antyrosyjską manią. Jakimś szczególnym zlotem strasznych gąb jest program Jacka Żakowskiego. Z niego dowiedziałem się, że warunkiem uznania przemiany Jarosława Kaczyńskiego będzie zmuszenie jego elektoratu, by przestał podejrzewać Rosjan o zamach. To dla gąb jest typowe: fakty muszą pasować do potrzeb. Jeżeli nie pasują, gęby zaplują fakty na amen. Przy okazji gęby wytłumaczyły nam, że nie należy oglądać "Wiadomości" emitowanych w tej samej telewizji. Wprawdzie jest to działanie na szkodę własnej firmy, ale idę o zakład, że to nie gęba programu Jacek Żakowski, lecz Jacek Karnowski, szef "Wiadomości", będzie miał kłopoty.

Straszne gęby, przy pomocy innego wytwarzonego potwora ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (zdarła ostatnio maseczkę grzecznej Krysi i jak przystało na przedstawiciela organizacji pilnującej, by nie było wolności słowa, zajęła się mokrą robotą), uznała udział w koncercie dla ofiar spod Smoleńska za złamanie apolityczności polskiego radia. Wściekły atak gąb na szefa "Trójki" Jacka Sobalę wywołał oczywiście w Polskim Radiu odruch solidarności. Solidarnie wylano go z pracy. Kolejne ustępstwa wobec gąb: zwolnienie z kierowniczego stanowiska Anity Gargas (zagrożone jest też wydawanie "Misji Specjalnej"), wyrzucenie szefa publicystyki Pawła Nowackiego (to on umożliwił Pospieszalskiemu wydawanie programów), poświęcenie Jacka Sobali, o swoim programie już nie wspomnę, zamiast gęby zatykać, coraz bardziej je rozzuchwalają. Istotą bowiem tego wielkiego żarcia jest to, że po połknięciu jednego kęsa potrzebują dwóch następnych.

W efekcie znowu w domu mam dwa różne okna. W jednym, tym zamykanym na klamkę, widzę zwykły świat, a w tym wyłączanym pilotem plują mi na szybę straszne gęby.

Wysiłki Jarosława Kaczyńskiego, by przekonać do siebie umiarkowany elektorat, są w tym momencie pozbawione szans. Straszne gęby już wytłumaczyły, że lider PiS nie mówi prawdy. Wyczytały to po "mowie ciała" i oczywiście po tym, kto go naprawdę popiera. Gęby chcą, by Kaczyński odciął się zupełnie od tego elektoratu. Mowę ciała jakoś mu darują. Jeżeli jeszcze pomoże wyrzucić wszystkich dziennikarzy, którzy niepotrzebnie gmerają w smoleńskiej katastrofie, obrazi i zniechęci setki tysięcy osób społecznie pomagających mu w kampanii, wtedy gęby zajmą się kimś innym. Poprą Komorowskiego, ale o Kaczyńskim już nie wspomną.

Straszne gęby jednak nigdy Kaczyńskiemu nie odpuszczą. Nie odpuściły nawet Radosławowi Sikorskiemu, gdy ten stał się wrogiem Kaczyńskich. Wiedzą, że tępić go trzeba do końca. Słusznie podejrzewają Kaczyńskiego o to, że chciałby się dowiedzieć, dlaczego zginął jego brat, i rozliczyć za to odpowiedzialnych. Straszne gęby takich rozliczeń w Polsce nie chcą. Bo jak rozliczenia się zaczną, to ktoś może takiej gębie dać w... ekran.


Tomasz Sakiewicz