To nie my przegraliśmy


Kiedy w połowie kwietnia politycy zaczęli zupełnie poważnie zastanawiać się nad kandydaturą Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta, na ulicę wychodziły tłumy Polaków przekonanych o jego zwycięstwie w I turze. Sprawa wydawała się prosta: Jarosław jest oczywistym kontynuatorem prezydentury Lecha i jako jedyny może być gwarantem wyjaśnienia śmierci prezydenta i prawie stu przedstawicieli państwa polskiego. Nastroje wśród polityków PiS były podobne: uniesienie i wiara w zwycięstwo.

Czuło się coś niemal mistycznego, coś, co niosło Kaczyńskiego do prezydentury. To coś zaczęło gasnąć w połowie maja. Wysłałem wtedy SMS-em krótką analizę tego zjawiska do kilkunastu polityków prawicy. Ostrzegałem, że dzieje się coś, co spowoduje przegraną. Miałem w głębi duszy nadzieję, że się mylę i nie chciałem nagłaśniać swojego poglądu w tej sprawie. Założę się, że nikt z adresatów tego SMS-a nie miał odwagi przekazać mojej analizy pogrążonemu w bólu liderowi PiS. Temu się zresztą nie dziwiłem. Dziwiłem się, że przez miesiąc tak bardzo oderwano się od milionów ludzi, którzy samodzielnie powoływali sztaby Jarosława Kaczyńskiego. Wszystkim potencjalnym i wielu wahającym się jego wyborcom towarzyszyła chęć poznania prawdy o katastrofie w Smoleńsku. Wysiłki, by przeciągnąć SLD na swoją stronę, okazały się czystym mirażem. W rezultacie proeseldowskiej kampanii wzrosło poparcie w tym elektoracie dla Bronisława Komorowskiego. Cena tego planu była ogromna. By go urzeczywistnić, pozbawiono pracy Anitę Gargas, wyrzucono Pawła Nowackiego, który jako szef publicystyki TVP bardzo przysłużył się budowaniu atmosfery po 10 kwietnia, zepchnięto w głęboką noc program Jana Pospieszalskiego, wyrzucono Jacka Sobalę z kierowania radiową Trójką. Bez pracy pozostała też grupa bardzo zasłużonych dziennikarzy realizujących "Misję specjalną". Mnie nie dano nawet pożegnać się z widzami "Pod prasą".

Ktoś popełnił błąd. Jest sprawą PiS-u, czy zechce wyciągnąć z tego konsekwencje. Jednak pozostało wielu skrzywdzonych ludzi, którym należy się choćby symboliczne zadośćuczynienie. Nie chodzi tylko o dziennikarzy. Miliony ludzi utraciło swoje ulubione programy i wcześniej czy później zadadzą pytanie, kto za to odpowiada? Chowanie głowy w piasek w niczym tu nie pomoże. Trzeba jak najszybciej po męsku podjąć decyzje.

W tej kampanii o nic nie miałem pretensji do Jarosława Kaczyńskiego. Działał w strasznej sytuacji, niemal niemożliwej do wyobrażenia. Jednak tym większa odpowiedzialność spada na jego otoczenie.

Polska po wyborach ma problem. Nie chodzi o monopol rządów PO. Gdyby PO zechciała choć trochę poważnie podejść do swojego programu, może nawet kraj by na tym zyskał. Problem w tym, że za uśmiechami polityków i pustymi obietnicami stoją rządy byłych funkcjonariuszy WSI i rosnące wpływy ościennych mocarstw.

Czeka nas 500 straconych, niespokojnych dni ograniczenia wolności słowa, ściganie politycznych przeciwników.

"Gazeta Polska" te wybory wygrała. Mamy co najmniej dwukrotnie więcej czytelników. Nakład specjalnego wydania "GP" o Smoleńsku wraz z dodrukami przekroczył 100 tys. egzemplarzy. Jednego dnia, 5 lipca, ponad 100 tys. osób odwiedziło też portal Niezalezna.pl.

My byliśmy z naszymi czytelnikami.

Dziękujemy Państwu, żeście nam tak bardzo zaufali. Osiem milionów głosów oddanych na Kaczyńskiego to sukces tysięcy wolontariuszy, w tym klubów "Gazety Polskiej", i święto wszystkich, którzy anonimowo pomagali w tej kampanii. To także wielki sukces zza grobu Lecha Kaczyńskiego, którego Polacy odkryli na nowo.

Szkoda, że ten sukces ma gorycz porażki. Mogło, naprawdę mogło być inaczej.


Tomasz Sakiewicz