A gdyby to był zamach


W przeciwieństwie do większości dziennikarzy i wielu moich kolegów, również z prawej strony, nigdy nie wykluczałem wersji, że 10 kwietnia 2010 r. mogło dojść do celowego, czyli niespowodowanego ludzkim błędem bądź zaniedbaniem, zabicia prezydenta i 95 towarzyszących mu osób. Takie podejrzenie towarzyszy nie tylko milionom Polaków, ale też wielu wybitnym politykom i ekspertom również w Europie Zachodniej i USA.
Nie mamy stuprocentowej pewności, co się tam naprawdę stało, bo podstawowe dowody wciąż są przed opinią publiczną ukrywane, a Rosja i, niestety, polskie władze mataczą w tej sprawie, jak mogą. I właśnie to jest źródłem jednego z największych podejrzeń. Jeżeli doszło do katastrofy i nikt w tym nie maczał palców, dlaczego obydwa rządy, a szczególnie rosyjski, kłamią? Dlaczego spuścili ze smyczy najgorsze dziennikarskie kreatury i paru ludzi, których do tej pory uważałem za porządnych, by zagłuszyć, ośmieszyć albo przynajmniej przeszkodzić w dochodzeniu prawdy przez tych, którzy jeszcze nie dali się zastraszyć?
Można to tłumaczyć tak: od początku przyjęto jedną wersję, która już przez sam fakt jej narzucenia, bez przeprowadzenia wcześniej odpowiedniego śledztwa, była kłamstwem. Reszta to konsekwencja obrony przyjętego kłamstwa.
Można też zakładać, że wprawdzie doszło do przypadkowej katastrofy, ale skala zaniedbań była tak ogromna, że tylko mataczenie zmniejszało ciężar winy obydwu rządów. Takie założenie jest logicznie możliwe, ale politycznie i moralnie nie do przyjęcia. Ciężar dowodu zawsze leży po stronie kłamcy. Wierzyć można temu, kto nie dał się wcześniej przyłapać na łganiu. Tymczasem od pierwszych minut po katastrofie obydwie strony, ale szczególnie Rosjanie, kłamią jak opętane. Muszą więc najpierw oczyścić się z najpoważniejszego zarzutu, ale zrobić to może tylko ktoś, kto z obydwoma rządami nie jest związany. Blokowanie umiędzynarodowienia tej sprawy i dostępu opozycji do śledztwa podejrzenia tylko zwiększa.
Poważnym argumentem przeciwko zamachowi ma być brak realnych zysków politycznych ze strony Putina. Problem w tym, że te zyski są dzisiaj ogromne. Polską rządzi od roku prorosyjski prezydent, którego polityka odbudowuje tu wpływy zarówno Moskwy, jak i ludzi z dawnych WSI. Gdyby doszło do wyborów w normalnym trybie, Bronisław Komorowski miałby szansę na zwycięstwo, ale pewności nie mógł mieć żadnej. 10 kwietnia Komorowski przejął urząd prezydenta i tylko przypadek sprawił, że w katastrofie nie zginął jego późniejszy kontrkandydat. Nie wiadomo, jaki wpływ na sytuację wyborczą miało przejęcie kontroli nad wieloma tajnymi materiałami, w tym raportem dotyczącym WSI.
Dla Rosjan na pewno ogromnym zyskiem była śmierć wraz z prezydentem generałów uchodzących za najbardziej pronatowskich. Zagłada polskiej delegacji mogła też być niezłym ostrzeżeniem dla innych "buntowników".
Czy Rosjanie nie musieli obawiać się reakcji opinii publicznej w Polsce i na świecie? Ostatnie miesiące pokazały, że nie musieli. W samej Polsce jest wystarczająco dużo publicystów i polityków, którzy z poważną miną wytłumaczą, że Moskwa tego nie mogła zrobić. Koniunktura na świecie też nam niezbyt sprzyjała. Rosjanie doskonale znali te realia. W końcu nikt jak oni nie zna tak dobrze własnych aktywów, a stawianie na potencjał pożytecznych idiotów to u nich abecadło.
Jak mogło dojść do zamachu na oczach tylu ludzi? Nie było żadnych oczu. Wszyscy bezpośredni świadkowie nie żyją. Pozostałych świadków i dowody Donald Tusk pozwolił obrabiać Rosjanom.
Nie znaleziono żadnych dowodów wybuchu bomby. A kto twierdzi, że taki samolot niszczy się przy pomocy bomby? Może dla Kaddafiego to odpowiednie metody. Rosjanie mają arsenał o wiele bogatszy. Dysponując dostępem do samolotu, lotniska i całej otaczającej przestrzeni powietrznej, mogli zrobić bardzo wiele - od celowej awarii, przez umyślne wprowadzenie w błąd pilotów, do ataku jakimś rodzajem niekonwencjonalnej broni.
Jest wiele śladów wskazujących na którąś z tych hipotez. Ja mam jeszcze jedną. Pewnego jesiennego dnia 1989 r. z rosyjskich nieruchomości przy al. Szucha w Warszawie wyszedł mało znany wtedy polityk. Podzielił się potem z paroma osobami swoim wrażeniem, że zrobi w Polsce wielką karierę. 10 kwietnia 2010 r. ją zrobił. Reszta to tylko szczegóły techniczne.


Tomasz Sakiewicz