Koń na urzędzie


Od czasów cesarza Kaliguli wprowadzanie konia na wysokie urzędy państwowe nie jest niczym nowym, choć do dziś budzi pewien niesmak. Oświadczenie ministra Nowaka, że prezydent jest zdrowy jak koń, ma w sobie coś z wywoływania freudowskiej sfery czynności pomyłkowych. Zapewne nie o zdrowie tu chodziło, lecz o obyczaje, które, z całym szacunkiem dla pięknego czworonoga, są iście końskie. Czy nie godne końskiego rechotu były przaśne dowcipy prezydenta o kaszalotach? Wykład z historii Polski o bigosowaniu mógł niejednemu koniowi postawić grzywę dęba, a nawet zapleść z przerażenia warkocze.

Z iście ułańską fantazją prezydent rzucił się na krzesło, zostawiając w tyle panią premier kraju, który w końcu na stanie na baczność sobie zasłużył. Nie będzie nam Niemiec wygodnego fotela zajmował. Może obyczaj to na salonach nie propagowany, ale gdy ogier wpada do stajni, klacze muszą znać swoje miejsce. Ileż z końskiego polotu miało zwinięcie królowej Szwecji kieliszka do toastu. W końcu za to, co Szwedzi wyrabiali u nas przy potopie, miał prawo dać jejmości w twarz. Skradziony kieliszek to tylko mała ostroga w bok jaśnie oświeconej.

Miłość Polaków do koni może zapewnić prezydentowi reelekcję. Po co kłamać i obiecywać jak Tusk. Wystarczy zarżeć na całą stajnię, przepraszam salon, machnąć ogonem, wierzgnąć kopytami - kancelaria premiera powinna się od niego uczyć.

A to, że ogier przypomina czasem wałacha, jedną nogą kuśtyka, pot mu się leje już przy kłusie, to jeszcze lepszy dowód, że prezydent ma końskie zdrowie. Człowiek przecież tak by nie potrafił. Jakież to nasze, jakie swojskie, niemal sielanka z WSI. Czas już, by na Belwederze znany artysta namalował hasło, oddające klimat naszych czasów: "prezydent Koniorowski i jego świta z kopyta was wszystkich wita".



Tomasz Sakiewicz