Wróg ludu

Za wolność słowa warto iść do więzienia

Po raz kolejny ważny dokument filmowy zaczyna swój bieg od "Gazety Polskiej". Tym razem chodzi o film "Kibol" pokazujący kulisy starcia kibiców z rządem. Nie jestem wielkim ekspertem w tych sprawach i być może dlatego właśnie ten film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że jakaś gazeta dołącza do swojego wydania darmowe DVD. Zdumiewające jest jednak, że żadna duża telewizja nie chce emitować filmów, które cieszą się ogromną popularnością, kina nie przyjmują ich do normalnej sprzedaży, mimo tłumów walących na nieoficjalne pokazy. Po sukcesie "Mgły", którą obejrzało ok. 5 mln osób, autorki Joanna Lichocka i Majka Dłużewska powinny być najbardziej rozrywanymi w Polsce dokumentalistkami, Anita Gargas, której film w czasie o połowie krótszym obejrzało ok. 2 mln widzów, zostałaby w normalnym kraju szefową produkcji filmów dokumentalnych. Tymczasem świat establishmentu kompletnie nie widzi, że Polacy zakosztowali wolności słowa i domagają się jej coraz mocniej.

Można jeszcze zrobić kilka programów z Gienkiem Loską, a w konkursach muzycznych zakazać śpiewania pieśni patriotycznych. To przyciągnie uwagę części widowni i pieniądze sponsorów, którzy boją się spraw publicznych. PO w obecnej fazie likwidowania demokracji może spokojnie wystawić Gienka w wyborach do parlamentu. Już w "Misiu" wytłumaczono zjawisko piosenkarza przyjaciela władzy - "ja wam, kochani, wszystko wyśpiewam".

W czasie, gdy lud karmiony jest Gienkami i Szpakami obojga płci, władza odbiera opozycji ostatnie sposoby masowego dotarcia do wyborców. Temu przecież służyło zakazanie w czasie kampanii wyborczej emisji telewizyjnych spotów i wywieszania billboardów. Pojawiają się propozycje drakońskich ograniczeń w internecie, a publiczne media zamieniają się w rządową szczekaczkę. Nową jakość walki o powszechny knebel zaprezentował minister Radosław Sikorski. Po wypowiedzi o. Tadeusza Rydzyka w europarlamencie zapowiedział interwencję w Watykanie. Radosława Sikorskiego nie było w Polsce w czasach komunizmu, więc nie wie, że interweniowanie przez rząd "wyżej" w sprawie wypowiedzi duchownych ma tu długą tradycję. Chyba że Radosław napisze list jako zwykły katolik - proszę bardzo: na własnym papierze, a na kopercie naklei zakupiony za swoje pieniądze znaczek.

Zostawiając jednak na boku analizę zachowań osób ewidentnie potrzebujących pomocy, przyjrzyjmy się ostatnim decyzjom sądów. Dorota Kania dostała wyrok z paragrafu 212 k.k. za krytykowanie esbeka, wcześniej za to samo skazano Jerzego Jachowicza. W innych sprawach sądowych też bardzo mocno przykręcono nam śrubę. Absolutnym rekordem jest próba wysłania na badania psychiatryczne szefa opozycji. Nową jakość w polskim życiu publicznym wprowadził sędzia Maciej Jabłoński, który wcześniej skazał Kanię, a prawie cztery lata temu zdecydował o wsadzeniu do aresztu mnie i mojej zastępczyni Kasi Hejke. Uwadze opinii publicznej umknął oczywisty fakt, że sędzia nie miał prawa zajmować się Jarosławem Kaczyńskim, gdyż ten ostentacyjnie go krytykował za decyzję wobec "Gazety Polskiej". Byli w sporze, i to niebłahym, nagłośnionym wtedy przez wszystkie media. Jabłońskiemu, jeżeli utajnił sprawę przed stronami sporu, należy się po prostu dyscyplinarka.

Pozostaje nam tworzenie drugiego obiegu (w tym emisji zakazanych filmów) i spotkania każdego 10. dnia miesiąca. Chodzi już nie tylko o pamięć o zmarłych, chodzi nam o tworzenie miejsca dla resztek wolnego świata.

Tomasz Sakiewicz