Wróg ludu

Norweski Ryszard C.

Anders Behring Breivik, sprawca jednego z najbardziej brutalnych ataków terrorystycznych, miał wielu protoplastów. Ich cechą wspólną była nienawiść i pogarda. W głowie norweskiego szaleńca niektórzy bliźni zostali tak bardzo pozbawieni podstawowych przymiotów ludzkich, że można było im odebrać życie. Trudno powiedzieć, co go naprawdę ukształtowało: media, szeptana propaganda, grono przyjaciół. Pewnie na tak potworne wypaczenie charakteru musiało złożyć się wiele czynników. To wszystko pewnie nie miałoby znaczenia, gdyby nie psychopatyczne cechy tego osobnika. Nawet jeżeli problem tkwi w osobowości mordercy, ktoś odpowiada za tworzenie atmosfery, w której mogły wyzwolić się aż takie demony.

W Polsce od dwudziestu jeden lat istnieje środowisko, które oskarża wszystkich naokoło o szerzenie nienawiści. Jego szczególną emanacją jest ekipa Donalda Tuska. Tusk jawił się swoim wyborcom jako polityk miłości i pokoju. Problem w tym, że ostatnia rzecz, jakiej chciał, to właśnie pokój, chyba że przez pokój należy rozumieć całkowitą kapitulację rywali, łącznie z pozbawieniem ich godności. Tusk potrzebował wojny, by na tle tego pożaru być strażakiem, który gasi płomienie. Metody prowokacji jego ekipa opanowała do granic perfekcji. Jednocześnie tak bardzo ograniczył wolność słowa, że przez zmowę milczenia można się przebić tylko poprzez potężną awanturę. PO zyskała w ten sposób podwójnie, mogła bezkarnie gnoić swoich przeciwników, jednocześnie każda próba obrony zyskiwała stygmat agresji. A Polacy agresji nie znoszą. Wbrew temu, co sami o sobie opowiadamy, jesteśmy wyjątkowo ugodowym społeczeństwem.

Polityka przerzucania winy za awanturę z agresora na ofiary nie jest wynalazkiem obecnie rządzących. Mistrzem takich rozgrywek był Adolf Hitler, który odpowiedzialnością za II wojnę światową obarczał zwykle napadane kraje (od Polski począwszy), i Józef Wissarionowicz, zawsze walczący o pokój. Miliony ludzi na świecie nabierało się na propagandę Hitlera i Stalina. Naprawdę wielu Francuzów, Anglików, Włochów czy Hiszpanów wierzyło, że to Polska prowokuje agresję. Mieliśmy znikome możliwości odpowiedzi na kłamstwa. W efekcie wygrywał ten, kto tworzył najsilniejszą propagandę.

Dla Hitlera i Stalina celem propagandy była wojna. Dzisiejsi propagandziści wojny nie chcą. Akty agresji są wypadkiem przy pracy. Zapewne wypadkiem przy pracy była sprawa Ryszarda C., członka Platformy Obywatelskiej, który poszedł mordować działaczy PiS-u. Jego wypowiedzi, tuż po zatrzymaniu, żywcem przypominały bełkot Breivika. Chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego, "tylko miał za małą broń". Co by było, gdyby miał "większą broń"? Już wiemy, co by było. Pokazał to morderca z Norwegii - uzbrojony po zęby. Kształtowała ich taka sama nienawiść. Różnili się, na szczęście dla Polaków, uzbrojeniem.

Warto zadać jeszcze jedno pytanie: jak zareagowaliby Norwedzy, gdyby polityk partii, do której należał Breivik, wymyślił sobie na poczekaniu bajeczkę, że jego też chciano zamordować? Polityk byłby skończony i jego partia na długo też. W Polsce politykowi i jego partii to się opłaciło. Winę za ten kompletny brak odpowiedzialność ponoszą główne polskie media. Rozgrzeszają, w przypadku rządzących, każde świństwo.

Tomasz Sakiewicz