Po pensji!


Nasz Ukochany Przywódca, Słońce Peru, Czar Boiska, Postrach Jednorękich Bandytów dokonał wynalazku wszech czasów. Znalazł metodę karania podwładnych w sposób przynoszący zadowolenie społeczeństwu, korzyść budżetowi, a także niosący w sobie poważny element wychowawczy. Dotychczas w dziejach istniały dwie metody karania podwładnych. Pozbawianie ich głowy i posady. Donald Tusk wynalazł lepszy - pozbawianie pensji. Pozbawianie głowy miało sporo wad - po pierwsze, było karą jednorazową, po drugie, mogło rodzić dylematy, "jak pozbawić kogoś czegoś, czego nie ma?". Pozbawianie stanowiska łączyło się z kosztami - odprawami itp. oraz znalezieniem innej posady, co groziło kataklizmem w innym segmencie państwa. Pozbawienie pensji zastosowane względem prezesa NFZ jest precedensem, który ma same zalety, rodzi jednak poważne pytania. Czy premier, przykładając równą miarę do wszystkich, nie powinien stosować jej też wobec siebie? Jest to jednak o tyle ryzykowne, że jako zwierzchnik gabinetu i partii rządzącej odpowiada za grzech swoich podwładnych. Dokonując przeglądu roku, trudno znaleźć miesiąc zasługujący na pełną wypłatę - afery: stoczniowa, hazardowa, podsłuchowa, klapa w operacji przejęcia mediów, wielki wstyd z komisją śledczą, ciekawy stan w resorcie sprawiedliwości, gdzie co rusz dowiadujemy się, że kolejny świadek koronny sam wybrał sobie wyrok "z zawieszeniem", tajemnicze zniknięcia w specsłużbach i plaga dymisji, także samobójstwo w kancelarii, klęska z tarczą antyrakietową, kłopoty z gazem i Gazpromem...



Aż trudno się dziwić, że człowiek chciałby pozbyć się dotychczasowego stanowiska i zostać prezydentem, który - jak wiadomo - reprezentuje całość, lecz za nic nie odpowiada. Bo na razie zastosowanie metody obcinania pensji do siebie mogłoby skazać premiera na długie miesiące o chlebie i winie (jeśliby pan prezydent nadal na nie zapraszał).



Marcin Wolski