Ze wzgórza pod Krakowem

Zapytajmy kandydatów na prezydenta

Wybory prezydenckie na Ukrainie powinny dać wiele do myślenia tym, którzy chcą wystartować w analogicznych wyborach w Polsce


Wiktor Juszczenko, były księgowy z kołchozu, faworyt warszawskich salonów, doktor honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, człowiek roku kilku tygodników, polityczny brat-łata ściskający niektórych europejskich przywódców, a przede wszystkim narcyz, nieudacznik i gloryfikator faszystów z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii - przegrywa na oczach całego świata. Pięć lat temu miał 52-proc. poparcie społeczne, szybko je jednak roztrwonił, spadając do poziomu kilku procent. Dziś wolny naród ukraiński pokazuje mu czerwoną kartkę, nie chcąc go po raz drugi na urzędzie prezydenta. Gdy piszę te słowa, jeszcze nie wiadomo, kto przeszedł do drugiej tury wyborów. Skomentuję to dopiero w następnym felietonie. Jednak już teraz, jako potomek pomordowanych Polaków i Ormian, a także greckokatolickiego księdza, cieszę się bardzo, że ten polityk, który narobił tyle szkód, kończy swoją karierę. Niech pamięć o nim spłynie jak marzanna wraz z wodami Dniestru i Dniepru, co pozwoli uczciwym Ukraińcom zbudować na nowo relacje z sąsiadami, ale już bez kultu Bandery, Szuchewycza i SS "Galizien". Oczywiście Juszczenko nie odejdzie jak dżentelmen i jeszcze różne "cuda" mogą się dziać w najbliższych tygodniach. Proces ten jest jednak nieodwracalny.


Co do owych "cudów" - tanim chwytem propagandowym było nadanie przez prezydenta w przededniu wyborów orderów trzydziestu duchownym, w tym też niechrześcijańskim. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że nie wszyscy duchowni chcieli przyjąć to kłopotliwe wyróżnienie. Z księży rzymskokatolickich zdecydował się na to jedynie biskup z Charkowa. Co więcej, z bardzo ostrą krytyką wystąpił arcybiskup lwowski Mieczysław Mokrzycki, stwierdzając, że żaden z kandydatów na urząd prezydenta nie ustosunkował się w swoim programie do wartości chrześcijańskich. Hierarcha zarzucił także kandydatom, że nie podjęli dyskusji na temat przeciwdziałania plagom społecznym, powszechnym na terenach d. ZSRR. Do plag tych arcybiskup zaliczył alkoholizm, aborcję, rozwody i masową emigrację zarobkową, stwierdzając, że wszystko to spowodowało, iż liczba ludności naszego wschodniego sąsiada spadła poniżej 50 mln. Są to bardzo mocne słowa, ale kandydaci zajęci wzajemnym wyrzynaniem się, nadal są głusi na głosy rozsądku.


Obserwatorzy międzynarodowi słusznie zauważają, że tegoroczne kampanie prezydenckie na Ukrainie i w Polsce mogą mieć wiele analogii. W tym miejscu trzeba poinformować, że polskie środowiska patriotyczne i niepodległościowe, które pragną przywrócenia prawdy o Kresach Wschodnich, jeszcze pod koniec zeszłego roku postanowiły, iż w związku ze zbliżającymi się wyborami będą podnosić, gdzie tylko się da i jak tylko się da, sprawę uznania ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na naszych rodakach. Co więcej, zostanie przygotowana ankieta, która z pytaniami dotyczącymi tej sprawy będzie rozesłana do wszystkich kandydatów. Odpowiedzi zostaną zamieszczone na stronach internetowych, których przybywa jak grzybów po deszczu. Oczywiście, niektórzy kandydaci mogą w ogóle nie odpowiedzieć, ale to będzie już ich problem. Informacje o odmowie wypowiedzenia się w tej sprawie też bowiem będą podane do wiadomości publicznej. I to z apelem, aby na tych kandydatów po prostu nie głosować. W Polsce mieszka kilka milionów Kresowian i ich potomków, więc może się to przełożyć na konkretne głosy wyborcze. A te będą się bardzo liczyć, bo w 1995 r. Lechowi Wałęsie, a w 2005 r. Donaldowi Tuskowi, zabrakło stosunkowo niewielkiej liczby głosów.


Osobiście jestem także za tym, aby prześledzić dotychczasowe zachowanie kandydatów w tej kwestii i na tej podstawie opublikować stosowne opracowanie, zaznaczając wyraźnie np., kto bronił Polaków na Litwie czy Białorusi, a kto nie; kto nazwał ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej po imieniu, a kto określał je tylko "bolesnymi wydarzeniami"; kto w rozmowach z Julią Tymoszenko miał odwagę upomnieć się o polską rację stanu, a kto przed kamerami dla taniego poklasku tylko się z nią całował. Tak czy siak, sprawy pamięci narodowej, w tym o Kresach, mogą w zbliżających się wyborach być języczkiem u wagi.


Co do bieżnych zmagań o ową pamięć - trzeba wyrazić wielkie słowa uznania Sejmikowi Podkarpackiemu, który jako trzeci w Polsce (po Dolnośląskim i Opolskim) przyjął przez aklamację uchwałę potępiającą ludobójstwo dokonane przez OUN-UPA oraz oddającą cześć pomordowanym Polakom i tym Ukraińcom, którzy Polaków ratowali. Uchwała ta została opracowana przez radnych PiS. Sukcesem jest też powołanie Instytutu Kresów Wschodnich, którego zjazd założycielski odbędzie się 27 stycznia. w Warszawie, a także propozycja utworzenia Zakładu Kresów Rzeczypospolitej przy Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pod apelem w tej drugiej sprawie podpisali się prezesi bardzo wielu organizacji społecznych, a także profesorowie Czesław Partacz, Marek Jan Chodakiewicz i Wojciech Rypniewski oraz pisarz Stanisław Srokowski i dziennikarz Jan Pospieszalski. Dobre informacje pochodzą też od rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego, który przejmie patronat nad planowaną za kilka miesięcy ogólnopolską sesją poświęconą zagładzie Kresów. Lista podobnych inicjatyw przygotowywanych na wiosnę br. jest długa, o czym będę informować na bieżąco.


ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski