Ze wzgórza pod Krakowem

Legenda Lasek


Jako pierwsza Polka uhonorowana została w 1994 r. Orderem Orła Białego, które to odznaczenie 60 lat wcześniej otrzymał także jej ojciec


Miesiąc temu, w wieku 106 lat, zmarła Zofia Morawska, postać niezwykła, wielka patriotka i działaczka społeczna. Urodziła się w 1904 r. w Turwi koło Kościanu w Wielkopolsce, w znanej rodzinie ziemiańskiej. Jej matka Maria z Chłapowskich była wnuczką gen. Dezydera Chłapowskiego, adiutanta cesarza Napoleona. Jej ojciec Kazimierz Dzierżykraj-Morawski, filolog klasyczny, profesor i rektor UJ, był po zabójstwie Gabriela Narutowicza w 1922 r. kandydatem na prezydenta RP. Przegrał wówczas ze Stanisławem Wojciechowskim. Zofia ukończyła gimnazjum sióstr urszulanek w Krakowie. Studiowała pedagogikę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie podjęła pracę jako nauczycielka w szkole sióstr prezentek. Po śmierci ojca w 1925 r. razem z matką przeprowadziły się do Warszawy. Była osobą bardzo religijną, nosiła się z myślą wstąpienia do klasztoru, ale ostatecznie nie podjęła takiej decyzji.

W 1930 r. związała się z Towarzystwem Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, założonym przez Różę Czacką, późniejszą matkę Elżbietę i przełożoną generalną Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Od 1944 r. zamieszkała w Laskach na stałe. Ociemniałym służyła prawie 80 lat. Organizowała warsztaty, świetlice, opiekę indywidualną, pośrednictwo pracy i opieki lekarskiej. Jako skarbnik (nieprzerwanie od 1947 r.) zajmowała się także finansami Towarzystwa i pozyskała wielu sponsorów. Znała biegle języki angielski, niemiecki, francuski i włoski, co ogromnie ułatwiało jej kontakty z zagranicznymi darczyńcami. Od dziesięcioleci dbała o utrzymywanie kontaktów z ośrodkami zagranicznymi, starając się przenosić do Polski nowoczesne metody, osiągnięcia i rozwiązania techniczne w dziedzinie pracy z niewidomymi. Była wybitnym ekspertem tyflologii, czyli dziedziny zajmującej się nauczaniem pisania i czytania osób niewidomych. Swe ostatnie lata przeżyła całkowicie ociemniała. Do końca pozostała niezwykle aktywna i zaangażowana w los podopiecznych w Laskach. Za swoje zasługi jako pierwsza Polka uhonorowana została w 1994 r. Orderem Orła Białego. To najwyższe odznaczenie 60 lat wcześniej otrzymał także jej ojciec. Uhonorowana została również Nagrodą im. Alberta Schweitzera i Nagrodą Fundacji Episkopatu Polski "TOTUS" w kategorii: Promocja człowieka, praca charytatywna i edukacyjno-wychowawcza. Otrzymała ponadto Order Kawalera Gwiazdy Solidarności Włoskiej.

Znałem ją od dziecka: będąc małym chłopcem, często bowiem przyjeżdżałem do Lasek. Opowiadała ona, że jako mała dziewczynka widziała na rynku krakowskim Brata Alberta kwestującego wśród przekupek. Jeździł małym wózkiem. Jej ojciec mówił, że ten człowiek będzie kiedyś ogłoszony świętym. Ona również była święta. Od ósmego roku życia nie opuściła ani jednej codziennej mszy świętej. Odznaczała się pogodą ducha i dużą życzliwością wobec ludzi, a przede wszystkim pokorą. Miała fenomenalną pamięć. Nie założyła własnej rodziny, lecz jej rodziną była rzesza niewidomych i ich opiekunów. Zmarła 15 października br. w Laskach.

O Zofii Morawskiej i jej ojcu myślałem tydzień temu, gdy na ekranie telewizyjnym zobaczyłem, jak w Pałacu Prezydenckim Bronisław Komorowski obejmował serdecznie i całował Adama Michnika. Wyglądali prawie jak Breżniew z Honeckerem. Widok zaiste smutny. Dobrze przynajmniej, że biskup łowicki Alojzy Orszulik, który tak łatwo dał się wmanewrować w rolę "listka figowego", w ostatniej chwili poszedł po rozum do głowy i uczynił unik taktyczny. Dzięki temu nie doszło na szczęście do jego publicznego ściskania się z szefem gazety, która tyle razy atakowała Kościół. Inna sprawa, że sama zgoda na przyjęcie orderu w takim towarzystwie jest mocno krytykowana wśród księży, w tym także w diecezji łowickiej. No, może poza ks. Andrzejem Lutrem, który z diecezji tej pochodzi i który wciąż ogromnie zabiega o synekurę w postaci dobrze płatnej posady kapelana prezydenckiego. Jeżeli by ją rzeczywiście uzyskał, to można będzie powiedzieć, że sprawdza się stare księżowskie powiedzenie: "Jaki dygnitarz, taki jego kapelan. I odwrotnie".

Nie wszyscy jednak duchowni przyjęli rolę dworskich paziów. Świadczy o tym wypowiedź ks. Marka Drzewieckiego z Radomia. Cytuję notatkę KAI. "Przeniesienie krzyża po kryjomu do kościoła św. Anny z kaplicy prezydenckiej - bez postawienia w tym miejscu jakiejś formy pomnika - to działanie polityczne obecnych władz, którego celem jest zrobienie wszystkiego, by polskie społeczeństwo zapomniało o stanie śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Taki pogląd reprezentuje ks. Marek Drzewiecki, psycholog i duszpasterz młodzieży. Przypomniał on, że krzyż przed Pałacem Prezydenckim stał się symbolem bólu i żałoby. >>Pozostałby też takim znakiem bólu i żałoby, gdyby nie to, że z każdym dniem i tygodniem Polacy zaczęli się przekonywać o tym, że śledztwo w sprawie najtragiczniejszej w wymiarze społecznym i politycznym katastrofy w powojennej Polsce okazuje się karykaturą śledztwa i urąga wszelkim standardom w tym względzie<< - powiedział kapłan. Dlatego, jego zdaniem, >>krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego zaczął być już nie tylko symbolem bólu i żałoby narodowej, ale także symbolem sprzeciwu i pamięci tej części społeczeństwa, która nie akceptuje ukrywania prawdy o wszystkich - w wielu aspektach niekorzystnych dla rządu - okolicznościach tragedii pod Smoleńskiem<<".

Brawo, księże Marku!


ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski