Ze wzgórza pod Krakowem

Nie przenoście nam Krakowa do stolicy


Po raz pierwszy od zawarcia konkordatu doszło do tak ewidentnej ingerencji partii władzy w sprawy Kościoła


Po powrocie z Ameryki Płd. zastałem wiele listów od Czytelników, proszących mnie o ustosunkowanie się do kontrowersji wokół nominacji nowego biskupa polowego Wojska Polskiego. Opisane one zostały w naszym tygodniku już tydzień temu, więc odpowiadając na listy dodam tylko trzy uwagi. Po pierwsze, zachowanie Bronisława Komorowskiego, który w tej sprawie ewidentnie wywierał presję na stronę watykańską, źle świadczy o nim samym. Niejednokrotnie podkreśla on, że jest praktykującym katolikiem, ale w tym wypadku zachował się jak etatowy działacz partyjny, przekładający interesy swojego ugrupowania nad dobro Kościoła.

Po drugie, cała ta sytuacja zaistniała po raz pierwszy od zawarcia w 1993 r. konkordatu ze Stolicą Apostolską i źle wróży na przyszłość. Przypomina bowiem zachowanie z epoki Władysława Gomułki, kiedy państwo ingerowało w nominacje kościelne, wiele z nich blokowało, a kandydatów zgłaszanych przez stronę kościelną odrzucało m.in. za patriotyczne kazania. Poza tym, można poważnie obawiać się, że wielu aparatczyków z partii władzy o mentalności powiatowych pierwszych sekretarzy PZPR będzie chciało, wzorem Komorowskiego, też mieć wpływ na nominacje biskupie czy proboszczowskie. Może nawet z mikrofonem w kieszeni będą chodzić po kościołach, aby kontrolować, co który ksiądz powiedział na kazaniu. A duchownym będą zakładać TEOK, czyli Teczkę Operacyjną na Księdza. Skąd my to wszystko już znamy?

Po trzecie, blokując bardzo dobrą nominację ks. płk. Sławomira Żarskiego, znawcę spraw wojskowych od podszewki, desygnowano na jego miejsce ks. bp. Józefa Guzdka, który nigdy nie miał kontaktu z tym środowiskiem. Dodam, że osobiście znam biskupa nominata, bo razem zaczynaliśmy studia w krakowskim seminarium duchownym w 1975 r. Wówczas bardzo wielu kleryków zostało powołanych do odbycia dwuletniej służby wojskowej w specjalnym batalionie w Brzegu, w tym również ja. Wcześniej inni koledzy trafili do podobnego batalionu w Bartoszycach. Przez jednostki militarne przewinęło się w tych czasach prawie 4 tys. kleryków, lecz bp. Guzdkowi władze wojskowe kartę powołania cofnęły, przez co do armii nie trafił. Dziś jawi się to jako paradoks, że człowiek, który nie przeżył choćby jednego dnia w koszarach, zostaje biskupem polowym i otrzymuje stopień generalski. Nie negując gorliwości i zdolności nominata, dodam, że w samym Episkopacie Polski jest wielu biskupów, którzy jako klerycy jednak służbę wojskową odbyli i z tego powodu idealnie pasują na wspominane stanowisko. Dlaczego dokonano takiego a nie innego wyboru? Śmiem twierdzić, że nie ze względów merytorycznych, ale politycznych. Nowy biskup polowy pochodzi ze środowiska ks. kardynała Stanisława Dziwisza, który nigdy, zwłaszcza w okresie kampanii wyborczych, nie krył poparcia ani dla PO, ani dla Komorowskiego. Dziś od tego poparcia odcinane są kupony, których najlepszym przykładem jest swoistego rodzaju "desant" krakowski w Warszawie. Niektórzy już dziś ironicznie pytają, jaka kolejna funkcja kościelna w stolicy będzie obsadzona przez ludzi z Krakowa. Jako rodowity krakowianin powinienem się cieszyć, ale jednak się tym martwię, bo podtekst nominacji jest oczywisty. Jest taka piosenka "Nie przenoście nam stolicy do Krakowa", ale teraz powinna powstać inna, pt. "Nie przenoście nam Krakowa do stolicy". Chociaż gdyby przenosiny dotyczyły takich duchownych jak bp Tadeusz Pieronek, to w Małopolsce przyjęto by to z ulgą.

Skoro już piszę o swoim mieście rodzinnym, to muszę odnotować jeszcze jeden paradoks, jakim jest wygrana pod Wawelem Jacka Majchrowskiego, lewicowego polityka rodem z Sosnowca. Według powszechnej opinii, w drugiej turze głosowano na niego nie dlatego, by go poprzeć, ale aby odrzucić kandydata PO Stanisława Kracika. Z rozmów z duchownymi wynika, że również oni zachowali się podobnie, ale głównie dlatego, że mają już dość sojuszu kurii krakowskiej z partią władzy. Jak słusznie powiedział jeden z księży - gdyby PO, która ma już stanowisko wojewody i marszałka małopolskiego, zdobyła jeszcze funkcję prezydenta Krakowa, to ze względu na wspomniany sojusz superambitny poseł Ireneusz Raś, szef małopolskich struktur partyjnych, zostałby chyba kanclerzem kurii krakowskiej albo co najmniej proboszczem bazyliki Mariackiej.

Na koniec inna sprawa. 15 lipca ub.r. Sejm przyjął przez aklamację uchwałę "w sprawie tragicznego losu Polaków na Kresach Wschodnich". Zobowiązuje ona władze publiczne do upamiętnienia ofiar ludobójstwa dokonanego przez UPA. Głosi ponadto, iż "Tragedia Polaków na Kresach winna być przywrócona pamięci historycznej współczesnych pokoleń". Niestety, władze państwowe notorycznie uchylają się od realizacji tej uchwały. Szczególnie widać to w szkolnictwie, gdzie sprawa jest nadal tematem tabu. Dlatego miłośnicy Kresów Wschodnich, w tym pracownicy naukowi z Krakowa i Wrocławia, wystosowali list otwarty do minister edukacji narodowej Katarzyny Hall, domagając się wprowadzenia tej problematyki do programu szkolnego. List jest na mojej stronie internetowej. Głosy poparcia można kierować na adres e-mailowy: kresy_rp1@wp.pl

Zapraszam w niedzielę 19 grudnia o g. 14 na mszę św. w kościele ojców dominikanów we Wrocławiu, którą odprawię z okazji 375 rocznicy unii Ormian lwowskich z Kościołem katolickim.


ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski