Spiskowcy wolności

W Rykach i w Nowym Jorku, w Olkuszu i w Sydney, w Zduńskiej Woli i w Leeds - od wsi i miasteczek po światowe metropolie działają kluby "Gazety Polskiej". Ich liczba przekroczyła właśnie setkę, a w najbliższy weekend odbędzie się już piąty ich zjazd.


Geografia klubów brzmi trochę jak u Lechonia w wierszu "Herostrates": "Czyli to będzie w Sofii, czy też w Waszyngtonie, / Od egipskich piramid do śniegów Tobolska, / Na tysiączne się wiorsty rozsiadła nam Polska"...

Klub "Gazety Polskiej"? Co z tą powodzią?
W ubiegłym tygodniu do Ryszarda Kapuścińskiego, prezesa klubów, zadzwoniła pani spod Bochni. Powiedziała, że nie ma prądu i właśnie zalewa ją woda. Chciałaby dowiedzieć się czegoś o swojej sytuacji. Jak szybko woda może przybierać, na jaką może liczyć pomoc. Uznała za naturalne, by w tej sytuacji zadzwonić po pomoc do obywatelskiej organizacji pod jedyny numer, jaki - pozbawiona prądu, więc także internetu czy telewizji - miała w domu.
W wielu mniejszych miejscowościach działalność klubu "Gazety Polskiej" to jedyna występująca tam forma obywatelskiej aktywności. Dlatego przyciąga tłumy, szczególnie gdy do takiego miejsca przyjedzie, pierwszy raz od dawna, ktoś znany. Na spotkania organizowane przez klub w liczącym 16 tysięcy mieszkańców Przasnyszu przychodzi niekiedy po 300 osób, bo tylko tyle może pomieścić sala.
Z salami w mniejszych miejscowościach bywa kłopot - z reguły do wyboru jest knajpa, parafia, ewentualnie siedziba partii politycznej. Jeśli władza, zaniepokojona, że na jej terenie dzieje się coś przez nią niekontrolowanego, klubowi nie sprzyja i nastraszy właścicieli tych lokali, pozostają spotkania w prywatnych domach.
Brak sal wydaje się tu znaczący - nie ma ich, bo przez lata nie było na nie zapotrzebowania. Życie obywatelskie zanikło, więc zostały wynajęte lub sprzedane.

Klubowe siły szybkiego reagowania
Gdy Rosja napadła na Gruzję, kluby "Gazety Polskiej" zorganizowały się w jedną noc i następnego dnia pod wszystkimi rosyjskimi placówkami odbyły się manifestacje sprzeciwu. Miało to wielkie znaczenie, bo agresji zbrojnej towarzyszyła wojna medialna. Rosja zniszczyła gruzińskie portale internetowe, a poprzez swoje media i agentów wpływu w wielu krajach rozpowszechniała wersję o ataku Gruzji. Starała się rozmyć sprawę, by wydała się zwykłym ludziom niejednoznaczna, niewarta emocjonalnego zaangażowania w protesty. Taki klimat dominował w polskich mediach.
Dopiero akcja klubów zmieniła w Polsce klimat. To do nich dołączyli potem Gruzini, niepodległościowi politycy, obrońcy praw człowieka czy kombatanci. Manifestacje odbywały się przez cały czas trwania wojny.
Podobnie było po smoleńskiej tragedii. W Krakowie to klubowicze zorganizowali kontrmanifestację wobec akcji przeciwko pochówkowi Pary Prezydenckiej na Wawelu. W Poznaniu w dniu tragedii Edward Pohl z poznańskiego klubu rozesłał w południe SMS-y o spotkaniu o 16-tej pod Pomnikiem Katyńskim. W wyniku klubowej akcji zjawiło się tam około 400 osób, a w kolejne dni w miejscu tym poznaniacy zapalali znicze. W Warszawie tysiące ludzi przyszły na zorganizowany wysiłkiem klubowiczów, a przede wszystkim Anity Czerwińskiej, koncert.

Przeciwko policyjnemu i sądowemu bezprawiu
"Ręce wykręcone na plecy zostały skute kajdankami, które jeden z anonimowych napastników zacisnął jeszcze dodatkowo, by bardziej bolało. Owszem, bolało - ale nie to najbardziej. Bo zaraz potem któryś z dziarskich chłopców wyłamał mi palce" - tak o potraktowaniu go przez policję mówił reżyser Grzegorz Braun, na którego kolejne rozprawy przyjeżdżają klubowicze. Wrocławska sędzia Barbara Kaszyca nie może zrozumieć, po co się pojawiają, skoro utajniła sprawę i muszą tkwić na korytarzu. Niedawną rozprawę rozpoczęła jak zwykle od wyproszenia publiczności, po czym stwierdziła: "Przecież państwo wiecie już, że rozprawa jest wyłączona".
Gdy warszawski sąd postanowił aresztować Katarzynę Hejke i Tomasza Sakiewicza, na plac przed sądem przyszły tysiące ludzi z pochodniami. W efekcie TVN - którego pozew wszczął sprawę - zdecydował się go wycofać. Klubowicze przyjeżdżają też na procesy "GP" z Adamem Michnikiem i osobami zarejestrowanymi jako tajni współpracownicy SB.

Trybuna dla zakazanych autorów
Na spotkania klubów przyjeżdżają dziennikarze "GP", ale także wielu tych, którym po 1989 r. próbowano zamknąć usta, jak bohaterowie pierwszej Solidarności, m.in. śp. Anna Walentynowicz, Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski czy ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kluby odwiedzali cenzurowani filmowcy, jak Jerzy Zalewski, Grzegorz Braun, Robert Kaczmarek czy ostatnio Ewa Stankiewicz i Jan Pospieszalski. Spotkaniom towarzyszyła często emisja ich filmów. W klubach pojawiali się także niszczeni w mediach historycy - Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk, Paweł Zyzak. Dziś to wszystko wydaje nam się oczywiste, ale gdzie bylibyśmy bez klubów GP?
Częścią działalności wielu klubów jest odbudowa tożsamości lokalnych wspólnot. Gliwicki klub współorganizował wmurowanie aż trzech tablic upamiętniających Wojciecha Korfantego, generała Fieldorfa "Nila" oraz Polskiej Golgoty. Tarnobrzeski klub doprowadził do powstania w tym mieście pomnika zamordowanego przez UB majora Hieronima Dekutowskiego "Zapory". Wielkopolski i poznański klub upamiętniają ofiary stanu wojennego - Piotra Majchrzaka i Wojciecha Cieślewicza. Podobnie jest w wielu innych miejscach w kraju.

Zemsta oszołomów
"Kluby Gazety Polskiej, tworzą wyjątkowe w skali kraju środowisko <>, żeby odwołać się do słów wielkiego poety Zbigniewa Herberta z wiersza <<17 września>>" - pisał historyk Sławomir Cenckiewicz.
"Społeczeństwo obywatelskie" - to hasło było sztandarem środowiska "Gazety Wyborczej" po 1989 r. W rzeczywistości wszelkie prawdziwie oddolne inicjatywy gnębiono, pacyfikowano, nierzadko inwigilowano. Bo władza nie lubiła, gdy ktoś patrzył jej na ręce. Upamiętniającym ofiary komunistów i odbudowującym lokalne tradycje zarzucano kombatanctwo i chęć zemsty, tropiącym lokalne afery - oszołomstwo, krytykującym sądy przywalano grzywny, a od czasu do czasu pakowano ich do psychiatryków. Lokalne oddziały niepodległościowych partii często zamiast szarpać się z nieprawidłowościami, wolały układanie się z władzą i święty spokój. Dziennikarze wycofywali się, gdy mogli naruszyć ważny interes rządzących, a ci, którzy tego nie robili, nierzadko musieli odejść z zawodu. Zatomizowane lokalne społeczności stawały się łatwe do manipulowania przez telewizje, a lokalne postkomunistyczne sitwy bogaciły się często kosztem degradacji lokalnych społeczności.
Siła klubów "GP" polega na tym, że powstają oddolnie i ludzie tworzą je nie dla kariery, lecz dla aktywności w interesie Polski i swoich regionów. Poza wszystkim, ludzie mogą się wygadać i poczuć, że nie są sami. Stały się więc one sposobem na działalność odmienną od tej partyjnej, nierzadko grzęznącej w stagnacji i biurokracji.
Stały się też miejscem integracji ludzi z najróżniejszych grup społecznych. Grupa krakowskich profesorów mówi pół żartem, pół serio, że stworzyła Tajny Akademicki Klub "Gazety Polskiej" - w skrócie TAK GP. W ubiegłym tygodniu byłem w Lesznie, gdzie klub - chyba sto piąty - ma dopiero powstać. W spotkaniu uczestniczyło około 60 osób, mocno zróżnicowanych - od kibiców Unii Leszno przez ludzi związanych z PiS po kombatanta, który postanowił zagrać na harmonijce pieśni legionowe. Ale z czasem czuło się, że widownia się zintegrowała, bo choćby puszczane na ścianie z projektora filmy z happeningów Naszości.
Nawet jeśli w klubach ujawniają się wady, to są to wady typowo polskie, jak kłótnie i rozłamy. Albo słynna bójka, do której doszło na spotkaniu w Płocku.

Stać nas na własnego kandydata na prezydenta
Jak duża jest siła klubów, pokazała też spontaniczna akcja zbierania podpisów pod kandydaturą Jarosława Kaczyńskiego. Jak wylicza Ryszard Kapuściński, same kluby zebrały ich ponad 100 tysięcy, co wystarczyłyby do zgłoszenia kandydata.


Piotr Lisiewicz