Tekst alternatywny

[Cykl artykułów o Julianie Ursynie Niemcewiczu] Człowiek – Polska. Młodość.

Cykl artykułów o Julianie Ursynie Niemcewiczu

Człowiek – Polska. Młodość.

Akademia Szlachecka Korpusu Kadetów w Warszawie, popularnie zwana po prostu Szkołą Rycerską utworzona została z inicjatywy króla Stanisława Augusta w 1765 r. Była uczelnią elitarną, jak na tamte czasy bardzo nowoczesną. Jej program obejmował głównie nauki ścisłe, języki obce, oraz zapoznawał uczniów z zagadnieniami wojskowości. Uczono tam również dobrych manier. Julian Ursyn Niemcewicz, syn niezbyt zamożnego rodu, odnalazł się w Szkole nadspodziewanie dobrze. Tam właśnie po raz pierwszy zetknął się z nikomu wtedy nieznanym młodym oficerem, który nazywał się Tadeusz Kościuszko. Tenże oficer zapałał natychmiast sympatią do Niemcewicza, ponieważ wykrył, że w którymś tam pokoleniu są spowinowaceni. Kościuszko wyjechał później do Paryża, by tam w wojskowych szkołach uczyć się sztuki fortyfikacji, co później wykorzystał mistrzowsko w Ameryce, podczas wojny o niepodległość, dzięki której narodziły się Stany Zjednoczone. Po dziś dzień absolwenci akademii wojskowej West Point składają ślubowanie pod jego pomnikiem.

Tymczasem w Rzeczypospolitej sprawy wyglądały niewesoło. Po upadku Konfederacji Barskiej doszło do pierwszego rozbioru, do którego parły wbrew potocznym dzisiejszym opiniom Prusy, a nie Rosja, która wolałaby państwo polsko-litewskie zatrzymać w całości pod swoją kuratelą. Jednak caryca Katarzyna zdała sobie sprawę, że samodzielnie nie poradzi sobie ze stłumieniem buntu, więc na rozbiór wyraziła zgodę. Nie wszyscy potrafili zachować się jak poseł Tadeusz Reytan. Wielu obywateli potraktowało rozbiór jak korektę granic – w końcu państwo nie raz traciło pewne obszary, by potem je odzyskać. Niemcewicz należał akurat do tych, którymi rozbiór wstrząsnął. Widział dalej, niż wielu innych. Szczególnie poruszyło go to, że rosyjski ambasador Stackelberg, faktyczny wielkorządca Polski „dał królowi cztery ogromne starostwa, posłom i senatorom kilkanaście wiader rubli – za tę cenę wyrzekli się dobrowolnie, bez cienia próby oporu, ćwierci Polski, grzecznie podpisali rozbiór”.

W tym też czasie Niemcewicz zaczął uczestniczyć w wydarzeniach politycznych, póki co jako widz, przyglądający się z galerii obradom sejmu. Rozpoczął również karierę literacką, ale najpierw głównie jako tłumacz. Na polecenie księcia Adama Czartoryskiego przetłumaczył z języka francuskiego na polski kilka powieści i sztuk teatralnych, między innymi ogromnie popularnego wówczas Jana Jakuba Russeau. Oczywiście nikt w Warszawie tego nie przeczytał. Czytano by tylko wtedy, gdyby Julian przełożył tekst z powrotem z polskiego na francuski. Napisał też m.in. poemat „Wojna kobiet”, ale jest to rzecz, o której dzisiaj pamiętają już tylko literaturoznawcy.

Naukę w Szkole Rycerskiej ukończył w 1777 r. Jak przystało na geniusza, stopnie miał raczej  przeciętne, a czasem i niższe. Ale książę Adam jeszcze bardziej polubił go i uczynił swoim adiutantem. Zajeżdżali czasem w rodzinne strony. Istnieje anegdota, jak to książę w drodze do Wołczyna zagadnął woźnicę (tu akurat cytat z pamięci): „Cóż, drogi Janie, zdarzyło się co złego pod moją nieobecność?”. Na co woźnica: „Chwalić Boga, jaśnie wielmożny panie, wszystko po dawnemu. No, tylko najmłodsza panienka się zupełnie spaliła”. „Jak to?!”. „Ano, po komnacie sobie tańcowała, ogień wielki w kominku, sukienka się zajęła i zanim ludzie z wiadrami nadbiegli, to już z panienki jeno kosteczki osmalone zostały”. Książę wtedy zapłakał. Bardzo kochał dzieci swojej żony. Zupełnie, jakby naprawdę wierzył, że to jego własne.

Koniec lat 70. i początek 80. XVIII w. to dla Niemcewicza czas podróży. Zwiedził bez mała całą Europę; ongiś była to obowiązkowa lekcja dla młodego magnata (którym nie był) i średnio zamożnego szlachcica (którym był, a może i jeszcze biedniejszym). Odwiedził Wiedeń, całe Włochy z Sycylią włącznie, Paryż i nawet Londyn. Wszystko za 300 dukatów, które książę Adam mu wspaniałomyślnie ofiarował. Suma zawrotna, tyle że w kraju. Za granicą trzeba było się trząść nad każdą monetą, wręczaną oberżyście. Ale Julian, wychowany przez skąpego ojca, nie potrzebujący luksusów i blichtru, poradził sobie. Pierwszy raz w życiu był na morzu. Zwiedzał zabytki (w Wenecji zobaczył z rozrzewnieniem wydrapany na murze podpis marszałka wielkiego koronnego Jana Firleja z XVI w.; wydrapał swoje nazwisko pod nim), pilnie czytał gazety, obserwował życie polityczne w krajach Zachodu. Cały czas uczył się. Dzięki listom polecającym od Czartoryskiego swobodnie obracał się na balach najwyższych sfer (księcia Walii nauczył kilku kroków tanecznych). Ze względu na wykształcenie, takt i swoją męską urodę był uwielbiany przez wielkie damy. Nie zmienia to faktu, że w europejskich stolicach chętnie zachodził też i do domów. Takich specyficznych domów. Cóż, każde doświadczenie mogło wzbogacić wiedzę. Przyjechał do Wiednia w Boże Narodzenie 1785 r. i spotkał się tam z Czartoryskim. Przedstawił mu swój dziennik podróży. O domach, zdaje się, nie wspominał, bo książę po zakończeniu lektury powiedział: „Kochany mój panie Julianie, widzę, żeś nie zmarnował swojego czasu i moich pieniędzy”. Powrócili do kraju.

Czas był ku temu najwyższy. Do głosu zaczynało dochodzić nowe pokolenie – wychowanków księdza Konarskiego, Szkoły Rycerskiej, czy zwykłych szkół ufundowanych dzięki pieniądzom Komisji Edukacji Narodowej, pierwszego ministerstwa edukacji w Europie. To byli nowi Polacy i Litwini, patrioci, którzy mieli zamiar skopać zady stetryczałych zdrajców z czasów saskich i odtworzyć wielką, niepodległą Rzeczypospolitą. Julian Ursyn Niemcewicz był przedstawicielem tego właśnie pokolenia.

Fundacja Klubów  „Gazety Polskiej”

 Zadanie publiczne współfinansowane przez Senat Rzeczypospolitej Polskiej w ramach projektu  „Jestem Polakiem i znam historię swojego Kraju”.

logo_fundacja_bigSenat logo

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress