Tekst alternatywny

Dziecioróbstwo jest jak faszyzm

Dziecioróbstwo jest jak faszyzm

Czytelnicy pamiętają zapewne lamenty, które swego czasu, po wprowadzeniu programu 500+ rozległy się wśród tzw. elit, reprezentowanych przez takie tuzy intelektu, jak Agata Młynarska czy Jarosław Kuźniar. On wstydził się za polskich pasażerów samolotu, bo zabrali w zagraniczną podróż kanapki i to ze śmierdzącymi jajkami na twardo. Gdyby zabrali salade de chevre chaud, albo mule, to by pewnie spojrzał przychylniejszym okiem, bo to dania europejskie, a nie polskie. Ona cierpiała nad polskim morzem: „Zjechali wszyscy państwo Kiepscy z rodzinami i przyjaciółmi, jedzenie jest drogie i przeważnie niedobre – ryby smażone na oleju niepierwszej świeżości, królują gofry i fryty. Wszędzie gra muzyka, w każdej knajpie faceci w gastronomicznej ciąży opędzają się od swoich dzieci i umęczonych żon. Wiadomo, dobry browar to podstawa!”.

Oczywiście wszystkiemu winien jest program 500+, który, głoszono, pozwoliłby obibokom z małych miast, miasteczek i wsi opijać się do nieprzytomności. Wcześniej jednak niekwestionowani eksperci ekonomiczni, jak prof. Balcerowicz, Jacek, czy jak mu tam, bo nie może się zdecydować jakiego imienia używa, Rostowski, czy też Ryszard Petru (nosił teczkę za wspomnianym Balcerowiczem, więc jest fachowcem) – tacy ludzie zarzekali się, że 500+ jest niemożliwe do realizacji. Najpierw, w czasie kampanii przed podwójnymi wyborami w 2015 r., prof. Balcerowicz grzmiał w radio TOK FM, że program ten to dzieło hochsztaplerów, a z takimi nie ma po co rozmawiać. I że Polacy za rzadko mówią „sprawdzam”. Co mówił Petru, nie pamiętam, ale na pewno mądrze prawił. Potem Rostowski wygłosił słynną frazę o tym, że „tych piniendzy nie ma i nie będzie”. Kiedy się okazało, że owszem, są i program ruszył, pojawiło się poważne niebezpieczeństwo.

Dzieci. Tenkraj zalały dzieci. Na ulice wyległy tabuny młodych matek, popychających wózki z rozwrzeszczanymi bachorami. Gdybyż jeszcze to były smagłe dzieci, a matki miałyby na głowach chusty, bądź ubierały prześcieradła z wyciętym paskiem na oczy, to by jakoś uszło. Tenkraj można by było uznać od biedy, ale jednak, za należący do Europy. Ale w zdecydowanej większości są to rasistowskie, białe dzieci, a więc niesłuszne, które kiedy podrosną, nie będą się uczyć sur Koranu.

W dodatku rodzice zabierają te dzieci nad morze. Zamiast przepić 500+ i pognać podrośnięte już dzieci z zapluskwionej ziemianki, by pracowały w polu, dzięki czemu młodzi, wykształceni od niedawna z dużych miast (patent RAZ-a) mogliby kupować świeży chleb w wielkich metropoliach, zabiera się dzieci nad Bałtyk. I gwałci się w ten sposób tradycyjne zasady III RP, bo plaże przeznaczone są tylko dla ludzi szczupłych, wysportowanych i pachnących, nie tykających alkoholu i toczących ze sobą pod przeciwsłonecznymi parasolami kulturalne dyskusje o poziome przekraczających humorem i finezją nawet słynne rozmowy z restauracji „Sowa i przyjaciele”.

Ostatnio do głosu bijących na alarm dołączyła niejaka pani Ewa Raczyńska z portalu Onet.pl. Oto garść cytatów z jej pobytu nad morzem.

„Pielucha z pełną zawartością, dziecko sikające do wody i nieustające krzyki na plaży – na to skarżą się turyści, którym urlop przyszło spędzać w pobliżu rodziny dla której dzieci są trochę jak święte krowy”.

„Turyści opowiadają, że dzieci: (…) krzyczą na hotelowych korytarzach, że jeszcze nie chcą spać albo, że chcą jeść, albo zdawałoby się zupełnie bez powodu; ciągnięte przez rodziców za rękę, albo co gorsza zostawiane na środku korytarza nie przestają”.

„Dzieci są wszędzie. Marudzą w coraz dłuższej kolejce po lody, do końca nie będąc zdecydowane jaki smak mają wybrać”.

I tak dalej. Pojawiają się oczywiście utyskiwania na trudności w przeprowadzeniu w Tymkraju aborcji i to nie tylko w miastach zacofanego wschodu, ale – strach pomyśleć – nawet w samej Warszawie!

Cóż więc zrobić z inwazją dzieci? Moim zdaniem, najlepiej ich nie płodzić. Po co nam dzieci, skoro są dzieci w Niemczech. Skoro „Gazeta Wyborcza” pisała kiedyś, że patriotyzm jest jak faszyzm, to ja to sparafrazuję: dziecioróbstwo jest jak faszyzm! Ale skoro już dzieci są, można by było zastosować metodę światłej i postępowej komunistki Zlaty Lilijnej, prywatnie żony Gregorija Zinowjewa, która w początkach lat 20. XX w. pisała, jako wybitna znawczyni kwestii związanych z wychowaniem i edukacją: „Musimy usunąć dzieci z rażącego wpływu rodziny. Musimy się nimi zająć, powiedzmy to bezpośrednio, znacjonalizować je. Od pierwszych dni życia będą pod dobroczynnym wpływem przedszkoli i szkół komunistycznych. Otrzymają alfabet komunizmu. Wyrosną na prawdziwych komunistów. Trzeba zmusić matkę oddać dziecko do nas”. Wtedy dzieci istotnie nie szwendałyby się po plażach i nie obżerały lodami, tylko od najmłodszego uczyły się i pracowały w społecznościach robotniczych. Z korzyścią dla elit Tegokraju.

Problem jest tylko jeden: trzeba najpierw zmienić władzę.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress