Tekst alternatywny

Jak ja nie lubię intelektualistów

Jak ja nie lubię intelektualistów

Kiedyś obraziłem się na jedną z moich koleżanek, ponieważ nazwała mnie intelektualistą. Nazwała mnie tak, ponieważ w rozmowie użyłem sformułowania, że jakiś tam dany problem należy postrzegać w kategoriach holistycznych. Gdybym powiedział, że trzeba go rozważyć całościowo, to wszystko było by jasne, ale licho mnie podkusiło i użyłem tej nieszczęsnej holistyki. Potem zacząłem tłumaczyć, na czym polega odrzucenie indywidualizmu metodologicznego i tym samym pogrążyłem się całkowicie. Zostałem intelektualistą.

A ja tak nie cierpię intelektualistów! Ostatnio po niegroźnej na szczęście chorobie zrobiłem sobie krótką rekonwalescencję u przyjaciół mieszkających pod Krakowem. Wygrzewałem się na słońcu, przyrządzałem pulpety w sosie pomidorowym, łaziłem po lesie, a wieczorami czytałem do późna „Hańbę domową” Jacka Trznadla. Pierwszy raz przeczytałem „Hańbę…” chyba w 2009 roku, tak jakoś; teraz do niej wróciłem. Jest to przeprowadzana w latach osiemdziesiątych seria rozmów z polskimi pisarzami, którzy – mówiąc krótko – dali dupy w czasach stalinizmu. Choć nie tylko, bo są tam dla kontrastu rozmowy ze Zbigniewem Herbertem, czy Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, którzy nigdy dupy nie dali. Zresztą, kogóż tam nie ma! Obok autorów jeszcze pamiętanych, jak Jerzy Andrzejewski (czy wciąż po szkołach katuje się uczniów jego „Popiołem i diamentem”?), czy Jan Józef Szczepański, są też i rozmówcy których pamiętają chyba tylko literaturoznawcy. Mamy więc na przykład rozmowę z Jackiem Łukasiewiczem – no, konia z rzędem temu, kto go kojarzy. Ja w każdym razie nie, więc może tak źle ze mną nie jest i nie jestem jednak intelektualistą.

Wiją się na potęgę w uzasadnianiu swoich „moralnych wyborów” po drugiej wojnie światowej (raczej powinni mówić o wyborach niemoralnych). Tak na przykład dowiadujemy się, że przedwojenna polska inteligencja w praktyce była w całości inteligencją lewicową. Prawicowej inteligencji nie było. I że ci lewicowcy mieli za to przedwojnie moralnego kaca. Jak skądinąd mówił kiedyś Adam Michnik rozumieli, że jest się za co kajać. Ale za co? Za to, że komunistów powsadzano do Berezy? Potem była trauma wojny i okupacji, a potem przyszło ze wschodu nowe, więc trzeba się było włączyć, żeby koszmar „faszyzmu” się nie powtórzył. O tym, że hitlerowskie Niemcy były nazistowskie, a nie faszystowskie (faszyzm to był specyficzny system charakteryzujący Włochy czy Hiszpanię) nie ma ani słowa. Nie ma też słowa o tym, że literaci – intelektualiści „włączali się” z czysto prozaicznych powodów. Jeśli taki Brandys napisał słusznych ideologiczne „Obywateli”, to wydawano mu to w 150 tysiącach egzemplarzy i dostawał na dzień dobry tyle kasy, jakby te 150 tys. rzeczywiście się sprzedało, podczas gdy żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie brał tej makulatury do ręki. Makulatury dosłownie: kiedyś z ciekawości chciałem przeczytać tych „Obywateli” by zobaczyć, jak wyglądał socrealizm w stanie czystym. Odwiedziłem trzy biblioteki – nie ma! Większość egzemplarzy poszła po wydaniu na przemiał. O aspektach materialnych, wczasach w domach pracy twórczej, dostępności do paszportów etc. mówi w książce Trznadla jedynie Zbigniew Herbert. Pozostali jedynie bełkoczą intelektualnie o „niezatracaniu się w historii”, o „wymyślaniu sposobu na życie”, o „przemocy jako zmianie”, o tym, że „socjalizm to są te szklane domy” (parę lat po Katyniu, o którym mój śp. dziadek, robotnik, wiedział doskonale od początku że zbrodnię popełnili sowieci, ale intelektualiści tego nie wiedzieli, bo zadawali sobie intelektualny samogwałt) i o tym, że komuniści starszego pokolenia spostrzegali jednak, że „coś jest nie tak w mechanizmie”, co do nich, młodych literatów powoli docierało. Dotarło ostatecznie w 1964 roku, kiedy towarzysz Wiesław obciął przydział papieru na książki i literatom zaświtała groźba konieczności podjęcia zwyczajnej pracy zarobkowej, w związku z czym stali się opozycjonistami i wystosowali tzw. List 34. Znajomy krytyk literacki starszego pokolenia, pamiętający tamte czasy, opowiadał mi kiedyś, że Gomułka miał kompleks niskiego wykształcenia i nienawidził intelektualistów. Odparłem, że nie miał kompleksu, tylko zwyczajnie intelektualistami gardził, a kiedy przestali być potrzebni bo władza ludowa siedziała już mocno w siodle, to ich spuścił po schodach. W rezultacie sam omal nie zostałem przez pana redaktora zrzucony ze schodów.

Intelektualiści się nie zmieniają. Wiedzą zawsze lepiej, pod warunkiem, że dobrze im się płaci. Ostatnio lamentują nad wynikiem wyborów na Węgrzech i miażdżącym, trzecim z kolei zwycięstwie premiera Orbana i jego Fideszu. Prof. Radosław Markowski, niegdyś stały gość w audycjach Janiny Paradowskiej stwierdza w programie Onet Rano że „mamy taki dylemat w wielu krajach, że te ośrodki, te zawody, grupy społeczne, które w największym stopniu przyczyniają się do dobrostanu, są marginalizowane”, oraz że Polska i Węgry „przeżywają teraz demokratyczny upadek”. Czyli nie głosują tak, jakby chcieli tego intelektualiści, ino po swojemu.

No i dobrze. W końcu o Markowskim za dwadzieścia lat będzie się akurat tyle pamiętało, co o wspomnianym Jacku Łukasiewiczu. A może i mniej.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress