Tekst alternatywny

Niewesele

Niewesele

W VI wieku AD z Cesarstwa Rzymskiego pozostała tylko jego wschodnia połowa (dopiero wiele wieków później nazwana Cesarstwem Bizantyjskim). I chociaż było to wciąż potężne mocarstwo, musiało uporać się z licznymi zagrożeniami – zewnętrznymi (wojny z Persami) i wewnętrznymi. Do tych ostatnich należał m.in. częściowy rozstrój prawny – a przecież Rzymianie tak szczycili się kiedyś swoim znakomitym prawem! Po prostu w ciągu stuleci nagromadziło się aż tyle decyzji, edyktów i aktów prawnych wydawanych przez kolejnych cesarzy, że najwybitniejsi sędziowie gubili się w gąszczu przepisów niejednokrotnie zachodzących na siebie, często sprzecznych ze sobą i nie wiedzieli, jakie wydawać wyroki. Pojawiła się potrzeba kodyfikacji prawa.

Próbę taką podjęto za cesarza Teodozjusza II w latach trzydziestych V w. Ale „Kodeks Teodozjański” był dziełem częściowo ułomnym i nie rozwiązywał większości problemów. Do sprawy powrócono mniej więcej sto lat później z rozkazu cesarza Justyniana. Zadania podjął się w roku 528 Trybonian, najwybitniejszy prawnik tamtych czasów. Dzięki pomocy młodszych kolegów i całej armii sekretarzy dokonał gigantycznej pracy przeglądu wszystkich ustaw wydanych na przestrzeni około trzystu lat, zestawienia ich i ujednolicenia. Tak już po roku gotowy był „Kodeks Justyniana”. Następnie do 533 r. opublikowano „Digesta”, czyli zbiór wytycznych dla orzekających sędziów. Potem „Instytucje”, rodzaj podręcznika prawa, wreszcie w 534 poszerzone wydanie „Kodeksu”.

Dzieła te poprzez późniejsze wieki kształtowały wiedzę prawników całej Europy i pośrednio ich przepisy obowiązują w pewnych fragmentach do dzisiaj. Jest taka anegdota o późniejszym cesarzu Francuzów, Napoleonie. Zamknięty za jakieś drobne przewinienie w szkolnej ciupie przeczytał z nudów „Digesta”. Wiele lat później, już jako władca, zadziwiał zawodowych prawników cytując z pamięci całe akapity tego dzieła.

A więc Trybonianowi i jego ludziom zaledwie w kilka lat udało się skodyfikować precyzyjnie całą ogromną wiedzę prawniczą starożytnego Rzymu – a pamiętajmy, że nie było wtedy komputerów, internetu, a wszystkie dzieła przepisywano ręcznie. Można? Jak się chce, to można.

A w Polsce XXI w.? Jakoś ciągle nie da się ujednolicić i skodyfikować prawa na nowo. Nie da się zmienić Konstytucji, przez co kompetencje Prezydenta i ministrów zachodzą na siebie, tworząc taki bajzel, z którym ludzie późnej starożytności potrafili poradzić sobie ciężką pracą w parę lat. Tego, że nie da się zmienić jeszcze rozumiem, bo potrzebna jest do tego większa większość w Parlamencie, ale stosując prawo weta Pan Prezydent de facto zamroził zmiany, które mogłyby odmienić sądownictwo – i wszystko zostaje po staremu. Bardzo zawiodłem się na Panu Prezydencie, na którego głosowałem, podobnie jak większość moich znajomych. Znany publicysta Rafał Ziemkiewicz opowiadał nie raz taką anegdotkę: otóż Janusz Korwin-Mikke (którego nie lubię, ale który ma czasem ciekawe pomysły) przeprowadził kiedyś eksperyment: do czterech różnych sądów w czterech różnych miastach wysłał wniosek o rozstrzygnięcie w jednej i tej samej sprawie. Po jakimś czasie otrzymał cztery decyzje, każdą inną i diametralnie między sobą się różniące. Gdyby sędziowie byli rzeczywiście niezależni, podjęli by taką samą decyzję, a przynajmniej te decyzje byłyby zbliżone. Ale sam fakt, że partie polityczne biją się między sobą, ilu sędziów desygnuje już to ta, już to inna partia, pokazuje, że nie są niezależni.

„A, ja myśle, ze panowie

duza by juz mogli mieć,

ino oni nie chcom chcieć!”

Tak w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego mówi Czepiec do Dziennikarza. Prawie sto dwadzieścia lat minęło od premiery tego śmieszno-strasznego dramatu, ale w zakresie reformy sądownictwa nadal mamy Niewesele. Przydałby się nam taki Justynian z Trebonianem.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress