Tekst alternatywny

O, BORze!

O, BORze!

W związku z wypadkiem samochodowym – na szczęście bez ofiar śmiertelnych – Premier Beaty Szydło, opowiem Państwu, jak o mały włos nie zamordowałem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy, bądź Premiera Węgier Viktora Orbána.

Było to jesienią ubiegłego roku, kiedy to z Klubami „Gazety Polskiej” zjechaliśmy do Budapesztu, by uczcić okrągłą rocznicę antysowieckiego Powstania, które wybuchło na Węgrzech w 1956 roku. W ramach obchodów mieliśmy między innymi wysłuchać przemówień dwóch wyżej wymienionych polityków. Rzecz działa się na tyłach Parlamentu Węgier, na ogromnym dziedzińcu. Przy wejściu przeszliśmy standardową kontrolę bezpieczeństwa. Były tam takie elektroniczne bramki, które brzęczą kiedy wnosi się coś metalowego. Wyłożyłem do kubełka portfel, klucze i papierosa elektronicznego, przeszedłem przez bramkę która nie zabrzęczała. Następnie węgierski BOR-owiec na migi (bo oni nie bardzo kumają po angielsku) kazał mi zdjąć plecaczek. I sprawdził co jest w środku. Ponieważ był tam sprzęt fotograficzny oraz plastikowa butelka z sokiem (w rzeczywistości było to mocne piwo z Holandii, tak na wszelki wypadek), no i dlatego że dyndał mi na szyi dziennikarski identyfikator, objechał mnie tylko takimi patykami wykrywającymi substancje pirotechniczne, za czym z uśmiechem machnął ręką, żebym sobie wszedł. Co też uczyniłem, odwzajemniając uśmiech.

Na drugi dzień, już po powrocie do Krakowa rozpakowałem plecaczek, żeby wyjąć aparat fotograficzny i zrzucić zdjęcia do komputera. I wtedy okazało się, że w bocznej kieszeni mam „najlepszego przyjaciela mężczyzny”, czyli duży składany i świetnie wyważony nóż. Zupełnie zapomniałem, że powinienem był go zostawić w domu przed wyjazdem do Budapesztu. Nóż pojechał sobie ze mną tam i z powrotem. Elektroniczna bramka go nie wykryła, albo zinterpretowała jako klamrę od paska do spodni. W efekcie stałem tam, na dziedzińcu budapesztańskiego Parlamentu niewiele ponad pięć metrów od dwóch ważnych polityków i gdybym był dobrze przeszkolonym komandosem, mógłbym z pewnością zabić któregoś z nich miotając na odległość tym nożem.

Nie jest dobrze z tym BOR-em, zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech. Nie dziwię się Jarosławowi Kaczyńskiemu, że woli korzystać z usług prywatnej firmy ochroniarskiej.

Inna rzecz, że podczas ubiegłorocznego Zjazdu Klubów „GP” podczas wystąpienia Kaczyńskiego siedziałem sobie na zewnątrz sali obok jego ochroniarzy. Gdybym zostawił w ustawionej przez siebie na statywie kamerze ze dwadzieścia pięć deko ekrazytu, to Prezes by nie przeżył. O BORze, nauczcie się czegoś wreszcie!

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress