Tekst alternatywny

Odludzienie

Odludzienie

Użyłem w tytule dziwnego słowa, które sam wykułem. Wzięło mi się stąd, że tradycyjne słowo „odczłowieczenie” kojarzy się z człowiekiem, czyli z jednostką. Tu zaś będziemy mówić o odczłowieczaniu masy ludzi, dużej ilości jednostek – stąd moje „odludzienie”.

Czytałem kiedyś, jak Heinrich Himmler w czasie II wojny światowej przyjechał do jednego z niemieckich nazistowskich obozów zagłady, by doglądać egzekucji bezbronnych ludzi. To był jeszcze wczesny etap wojny i okupacji Europy. Jeszcze nie było komór gazowych. Ofiary mordowano strzelając w ich głowy. W pewnym momencie głowa jakiegoś nieszczęśnika niemal eksplodowała po wystrzale i Himmler został obryzgany szczątkami mózgu. Zzieleniał na twarzy i o mało co nie zemdlał. Ale wytrzymał i proces mordowania nadal obserwował, tyle że nogi się pod nim uginały. Dlaczego? Przecież był spokojnym mieszczaninem, mordercą zza biurka, skazującym na śmierć tysiące ludzi za pomocą papieru, pieczątki i odręcznego podpisu. Naprawdę nie lubił okropności, nie był sadystą, bał się widoku krwi. Ale uważał, że tak trzeba – przyjechać, popatrzeć jak pracują jego esesmani, a potem im pogratulować za rzetelną robotę  i poprzyznawać nagrody. Źle to znosił, ale obowiązek to obowiązek.

W roku 1983 przebywający na tymczasowej emigracji Stanisław Lem napisał obszerną recenzję książki niemieckiego autora Horsta Aspernikusa (wydanej w Getyndze trzy lata wcześniej) „Dzieje ludobójstwa”. Tytuł wskazuje jednoznacznie na tematykę; dostajemy opis masowych mordów z dawnej historii, po czym przechodzimy w sprawę obejmującą rzeź Ormian i Holocaust, do którego owa rzeź była niejako przymiarką. Ciekawostką jest, że żadnego Aspernicusa nigdy nie było, a zatem jego książki również nie było; Lem napisał recenzję nieistniejącego dzieła. I zrobił to tak sugestywnie, że pewien student, zapytawszy swego profesora, czy czytał on ową recenzję, otrzymał odpowiedź – owszem, czytałem, ale tylko z ciekawości, bo dzieło Aspernikusa mam przecież w swojej domowej bibliotece.

Jak skutecznie mordować ludzi w skali masowej? Jak pokazuje przywołany przeze mnie na początku temat Himmlera, nie jest to wcale takie proste. Zawodowy killer odstrzeli wyznaczonego człowieka, ale praca na skalę przemysłową to już inna sprawa. Dzień w dzień, przez miesiące, przez lata, eksterminować ludzi – kobiety, mężczyzn, dzieci – to nie takie proste. Nawet najwytrwalszy zabójca może się w końcu posypać psychicznie. Stąd pojawia się potrzeba tego, co nazwałem odludzieniem – czyli pozbawienie ofiar cech ludzkich, tak by stały się jakimiś ponumerowanymi obiektami białkowymi bez nazwisk. Stąd Żydzi pędzeni do komór gazowych musieli się najpierw rozbierać do naga – bo po co niby Niemcom były potrzebne ich brudne i dziurawe ubrania, które gniły potem w magazynach? Człowiek okazujący się nago w miejscu publicznym człowiekiem być przestaje, to już tylko zwierzę. Po co było walić kolbami karabinów po twarzach? Bo kiedy twarz człowieka zmienia się w krwawą miazgę, to człowiek nie ma już twarzy. Tak jest łatwiej. To coś bez twarzy łatwiej zabić. Tak mówi fikcyjny autor wymyślony przez Lema i na zdrowy rozum się z nim zgadzam.

Dlaczego Rosjanie pakowali bez ładu i składu szczątki ofiar Tragedii Smoleńskiej do plastikowych worków na śmieci? Bo tak jest łatwiej. Śmieci to śmieci, nie ludzie. Można, w sytuacji gdy zwłoki są pokawałkowane  pomylić czyjąś rękę z ręką kogoś innego, ale wpakować trzy głowy do jednej trumny to już nie jest pomyłka.

Odludzienie. Dlatego to napisałem.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress