Tekst alternatywny

Ostatnia bitwa?

Ostatnia bitwa?

Mimo nie w pełni sprzyjającej pogody całą niedzielę 6. września spędziłem na rekonwalescencyjnych spacerach (przepraszam za dłuższą nieobecność na naszej stronie, ale choroba nie wybiera), starając się szczególnie unikać okolic mojego lokalu wyborczego. Kiedy w końcu usłyszałem wieczorem w radio że Państwowa Komisja Wyborcza poda wyniki trzypytaniowego referendum zarządzonego przez (wtedy jeszcze prezydenta) Komorowskiego dopiero w poniedziałek o godz. 18. i nie będzie wcześniej żadnych wyników cząstkowych, ogarnął mnie smutek bezmierny. Bo o czym pisać w poreferendalny poniedziałek, jak nie o referendum właśnie? Ta informacja o godzinie 18. wcale mnie nie uspokoiła, bo PKW już przy wyborach samorządowych przyzwyczaiła nas do różnych zabawnych zachowań i wypowiedzi że boki zrywać i wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazało się na przykład, że komunikat o tym czy referendum jest wiążące czy nie, wydany by został w jakiś inny dzień, na przykład w ciepłą popromienną sobotę 7 września 2115 roku.

Wszelako już wieczorem portal niezależna.pl informował, że referendum najprawdopodobniej będzie nieważne, bo frekwencja nie przekroczyła 10 procent, zaś we wczesnoporannych godzinach w poniedziałek bardzo mi ulżyło. Z tych cząstkowych wyników które jednak wyciekły, okazało się że frekwencja jest taka jak trzeba, czyli dwucyfrowa. To znaczy 7,8 procent. Co PKW po południu oficjalnie potwierdziła. Jak można było to tak błyskawicznie przeliczyć? Moim zdaniem możliwości są dwie:

– Pierwsza. Rosjanie wydatnie usprawnili swoje serwery. Już dawno temu Radio Erewań informowało o eksperymencie przeprowadzonym przez uczonych z Państwowego Uniwersytetu Politechnicznego w Leningradzie, polegającym na zrzuceniu z dachu wieżowca kota, a następnie włączonej latarki. Zarówno kot jak i latarka spadały na ziemię tyle samo czasu i tak oto nauka radziecka udowodniła, że kot spada z prędkością światła. Ot tego czasu Rosjanie nie próżnowali, stworzyli hiperkwantowe komputery nadświetlne i z ich pomocą mogą obliczyć wyniki wyborów czy referendów w Polsce zanim się je w ogóle zorganizuje.

– Druga. Nie było za bardzo czego liczyć, bo Polacy nie dali się tym razem nabić w butelkę i mało kto poszedł zagłosować. Ta możliwość wymaga przyjęcia mniejszej ilości założeń, zatem zgodnie z zasadą tzw. brzytwy Ockhama typuję ją jako prawdopodobniejszą.

Wszyscy komentatorzy, nawet ci z okolic szeroko pojętych „gazetowyborczych” zgodni są, że po przegranej w pierwszej turze wyborów prezydenckich Komorowski i jego otoczenie wpadli w panikę. Przecież miało być tak pięknie, przecież sondaże tak ślicznie się układały i nawet swoje mieszkanie w atrakcyjnym punkcie Warszawy prezydent wynajął prywatnej firmie na dziesięć lat z góry – od 2010 r. pewien był reelekcji. Do historii blamaży w polskiej polityce przejdzie na zawsze słynna wypowiedź Adama Michnika, że Komorowski może przegrać tylko wtedy, jeśli po pijaku przejedzie na pasach zakonnicę w ciąży. Nie przejechał, a jednak przegrał. I w dodatku ni stąd ni z owąd wyskoczył ten Paweł Kukiz ze swoimi Jednomandatowymi Okręgami Wyborczymi, zyskując zadziwiająco wysokie, prawie dwudziestojednoprocentowe poparcie, szczególnie wśród ludzi młodych. Otoczenie Komorowskiego (bo raczej nie on sam) postanowiło wykorzystać te nieszczęsne JOW-y i na kolanie sporządziło projekt referendum w ich sprawie, dla niepoznaki dopisując jeszcze dwa idiotyczne pytania i licząc, że się Kukizowi w ten sposób parę procent głosów w drugiej turze odbierze i Andrzeja Dudę przegoni. Komorowski rzecz przyklepał, referendum rozpisał, wziął rozpęd i wyruszył na swoją ostatnią bitwę.

Wówczas przypomniał mi się oglądany dawno temu film dokumentalny o życiu i twórczości genialnego komika epoki kina niemego, Bustera Keatona. W jednej ze swoich wczesnych jednoaktówek Buster grał faceta który nie potrafi jeździć konno, ale próbuje. Podchodzi do konia, wkłada nogę w strzemię, łapie się grzbietu zwierzaka, podnosi drugą nogę, winduje do góry i natychmiast spada na ziemię. I tak kilka razy. W końcu bierze się na sposób: rozpędza się, wskakuje na konika, ale nie mogąc wyhamować impetu ześlizguje się i spada po drugiej stronie. Przypuszczałem, że ostatnia bitwa Pierwszego Gajowego Drugiej PRL będzie tak właśnie wyglądać, no i się nie pomyliłem, co mi się rzadko zdarza. Tak że nikomu niepotrzebne (oprócz Komorowskiego) referendum za 100 mln złotych mamy już za sobą, a przed sobą prezydenturę Andrzeja Dudy. Co mnie, krakusa, cieszy podwójnie. Raz – właściwy człowiek na właściwym miejscu, dwa – nareszcie prezydent Rzeczypospolitej nie będzie wychodził na dwór tylko na pole.

Komentatorzy twierdzą teraz, że Komorowski dokonał rzeczy niemożliwej – kompletne fiasko jego referendum oznacza, że w ciągu trzech miesięcy przegrał trzecią pod rząd prezydencką kampanię wyborczą i że to jest jego ostateczny koniec jako polityka. Tutaj byłbym jednak ostrożny, oglądałem bowiem kiedyś słynny horror „Noc żywych trupów” i stąd wiem, że nawet nieboszczyk, zwłaszcza polityczny, czasem może wyleźć z grobu; na przykład ożywiony preparatami typu Agorotefauen. Tak więc bądźmy czujni, bo może jednak nie była to jeszcze ta ostatnia bitwa.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress