Tekst alternatywny

Po nazwiskach i twarzach

Po nazwiskach i twarzach

Podobno Monika Olejnik zaistniała niedawno w mocno fotoszopowej wersji na okładce polskiej edycji „Newsweeka”. Nie wiedziałem o tym; jako bardzo stary i niewykształcony człowiek nie biorę do ręki amerykańskich tygodników już od 1939 r., kiedy to Adolf Hitler został człowiekiem roku „Time’a”. Tak czy siak, pani redaktor Olejnik oświadcza z tej okładki, że jest wściekła. Zmartwiła mnie ta informacja, bo ja generalnie bliźnim dobrze życzę, nawet jeśli ich nie lubię. A przecież wścieklizna to strasznie niebezpieczna choroba i osobnik który jest wściekły ma przed sobą właściwie trzy drogi: śmierć w męczarniach, serię bolesnych zastrzyków w brzuch, albo odstrzał. Do chwili zamknięcia felietonu nie udało mi się ustalić, którą drogę pani redaktor wybrała.

Skojarzenie z okładką „Newsweeka” nasunęło mi się, kiedy zobaczyłem słup ogłoszeniowy na jednej z krakowskich ulic i plakat na tym słupie, z którego życzliwie spoglądał na mnie ktoś przypominający przedwcześnie postarzałe dziecko z szerokim uśmiechem na twarzy. Ale potem okazało się, że to jest europosłanka z PO, Róża Thun. To znaczy, nie do końca Róża Thun, bo jak się plakatowi bliżej przyglądnąć, to ona jest Róża Gräfin von Thun und Hohenstein, tylko że to Gräfin von, oraz und Hohenstein jest takim drobniejszym drukiem zrobione, żeby mniej było widoczne. (Napisanie tych akapitów zajęło mi dobrych pięć minut, bo autokorekta się buntowała, jakobym nie pisał po polsku). Z tego co pamiętam z czasu ostatniej kampanii do europarlamentu, ta pani w sumie nazywa się jeszcze dłużej, bo Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein, a Państwowa Komisja Wyborcza ma ustawowy obowiązek wpisywania pełnego nazwiska kandydata przy publikowaniu list wyborczych. I dlatego Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein awanturowała się, że ona chce być na liście po prostu jako Róża Thun, ale nie pomogło, bo prawo jest prawem, a nie lewem. Nie pomogła nawet Janina Paradowska, uparcie nazywająca w swoich audycjach publicystycznych w radiu TOK FM Różę Marię Gräfin von Thun und Hohenstein Różą Woźniakowską – Thun. Po prostu nawet w Krakowie o śp. profesorze Woźniakowskim mało już kto pamięta.

Z książki „Resortowe dzieci. Media” dowiedziałem się, że popularny, eufemistycznie mówiąc dziennikarz Andrzej Morozowski z TVN miał tatę Mieczysława, który tak naprawdę nie był Mieczysławem Morozowskim, tylko przedwojennym komunistą Mozesem Mordką, synem Judka i Maszy Mordków. Z kolei Jacek Żakowski nazywa się w istocie rzeczy Żakowski, ale kazał zalepić sobie twarz. Chodzić po ulicach z zalepioną twarzą jest zapewne dosyć niewygodnie, zwłaszcza że trzeba popracować nad tym zalepieniem i z przyczyn praktycznych wykonać dziurki do nosa, na oczy i zrobić jeden większy otwór – na jamę gębową. Ale jakbym wyglądał jak redaktor Żakowski, to kto wie, może też bym sobie kazał zalepić twarz. Na szczęście wyglądam wprost przeciwnie.

Olejnik dostaje wścieklizny za informacje o jej tatusiu, Żakowski wstydzi się swojej twarzy, Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein i Andrzej Morozowski wstydzą się swoich nazwisk… Dziwny to kraj, w którym ludzie z polityki i ci pracujący we wpływowych mediach wstydzą się twarzy, nazwisk i pochodzenia. Ja się twarzy nie wstydzę, tak samo jak i tego że wśród moich przodków prócz Polaków byli i Włosi, i Żydzi, i Słowacy. Ale może to dlatego, że mój pradziadek nie był w KPP, dziadek w PPR, a ojciec w PZPR.

A oni rzeczywiście mają się czego wstydzić, a wstydzić się nikt nie lubi. Więc dostają wścieklizny od nazwisk i twarzy.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress