Tekst alternatywny

Sędźnicy

Sędźnicy

Znam pewnego starszego pana, krytyka literackiego i dziennikarza. Jest to człowiek o bohaterskim rodowodzie. Do PZPR wstąpił już kilka tygodni po masakrze na Wybrzeżu w grudniu 1970 r., co wobec ówczesnych nastrojów społecznych wymagało sporej odwagi. I nigdy z Partii nie wystąpił, bo mu się Partia sama rozwiązała. Jeszcze jakieś dziesięć lat temu z pełnym przekonaniem zapewniał mnie w rozmowie, że wszystko zawdzięcza ludowej ojczyźnie, która go wykształciła i dała możliwość awansu społecznego. Gdyby nie PRL, to by do śmierci pasał krowy na wsi. Kiedyś z ciekawości zapytałem panią dr Elżbietę Morawiec, czy wedle jej wiedzy ten pan był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB. Odparła, że jego akurat nie zarejestrowano. Po prostu ze wszystkim co wiedział biegał z własnej woli gdzie trzeba i raportował, nie pobierając wynagrodzenia. Donoszenie uważał za swój obowiązek. Przecież ludowej ojczyźnie trzeba było się jakoś odwdzięczyć.

W złotych latach tygodnika „Przekrój”, czyli wtedy gdy redaktorem naczelnym był Marian Eile, Janina Ipohorska (pod pseudonimem Jan Kamyczek) redagowała rubrykę „Demokratyczny savoir-vivre”. Z jej tekstów ludzie z awansu dowiadywali się, jak należy właściwie się zachowywać, jak zdobyć ogładę, jakie książki przeczytać by nabyć kultury osobistej i ogólnie co wypada, a co nie wypada. W swojej, wydanej w połowie lat dziewięćdziesiątych wspomnieniowej książce „Życie w >>Przekroju<<” sekretarz redakcji za Eilego, Andrzej Klominek, wspominał: „Pewnego razu zastałem Jankę rozmawiającą półgłosem ze źle ubraną dziewczyną o dość pospolitym wyglądzie. – Jak myślisz, kto to był? – zapytała mnie Janka, kiedy interesantka wyszła. – Pewnie jest z prowincji i studiuje w Krakowie – odpowiedziałem. – Ona jest sędzią. Wyobrażasz sobie?”. I dalej: „Dziewczyna – sędzia, inteligentka w pierwszym pokoleniu, osiągnęła awans zawodowy i społeczny, ale zdawała sobie sprawę, ile luk jeszcze musi zapełnić. W ogólnym wykształceniu, ale także luk wynikających z braku tak zwanej kindersztuby”.

Ta dziewczyna – sędzia mogła mieć potem córkę i możliwe, że tę córkę awans poniósł jeszcze wyżej, tak że została profesorem prawa i prezesem Sądu Najwyższego. Która to profesor bezczelnie nakłamała, że nie bierze udziału w demonstracjach politycznych i nie pali żadnych świeczek na tych demonstracjach, co internauci błyskawicznie zdemaskowali za pomocą filmików i zdjęć. Ot, takie prymitywne wieśniactwo i cwaniactwo z tytułem profesorskim.

I proszę nie myśleć, że używając słowa „wieśniactwo” ja, z wyżyn swoich co najmniej siedmiu krakowskich pokoleń daję upust pogardy dla mieszkańców wsi. Wręcz przeciwnie, uważam że na wieśniaka łatwiej trafić w dużym mieście niż na wsi. Wieśniactwo, tak jak i buractwo to tylko pewien stan umysłu. Pamiętam, jak to kiedyś schodząc z Babiej Góry do wsi Lipnica Wielka napotkałem małego chłopca odprowadzającego krowę z pastwiska. Zdjął czapkę, grzecznie schylił głowę i powiedział: – Dzień dobry. – Dzień dobry, panie kawalerze – odparłem z powagą, uchylając kapelusza. Proszę mi pokazać taką kindersztubę w Krakowie czy w Warszawie.

Tak że wieśniactwo, którego Ipohorska nie zdołała wyedukować zalęgło się nam w sądach i nie tylko tam. Także wśród dziennikarzy, krytyków i innych. Reformy są niezbędne.

Skąd tytuł „Sędźnicy”? Jakoś słowo „sędziowie” skrzyżowało mi się z tytułem powieści Wiktora Hugo. A teraz przepraszam, idę ugotować Żurek.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress