Tekst alternatywny

Skąd nasz ród

Skąd nasz ród

Często w swoich felietonikach powołuję się na cytaty z moich ulubionych pisarzy; czy to Lema, czy Twaina, Llosy, Sienkiewicza, czy Boya – Żeleńskiego. I wielu innych. Może wydawać się to dziwne, ale wiele takich nazwisk przychodzi mi do głowy, gdy śledzę postępy kampanii przed wyborami samorządowymi, której to kampanii jak wiadomo jeszcze nie ma, jakkolwiek, trochę po gombrowiczowsku – jest.

Niewątpliwie najważniejszą jest kampania w Warszawie. No to zastanówmy się, czy taki Boy był warszawiakiem, czy nie? Z racji miejsca urodzenia niewątpliwie tak. Ale gdy miał jakieś dwa lata rodzice zabrali go do Krakowa, gdzie jego ojciec, wybitny kompozytor, miał większą swobodę twórczą niż w zaborze rosyjskim. Pod Wawelem Tadeusz mieszkał do 1922 r. Sam pisał o sobie tak: „Chociaż zrodzić mi się tutaj nie dały wyroki boskie / słusznie jestem w ludospisie za dziecko liczon krakowskie. / Tum mą młodość spędził całą, mieszkam z górą lat trzydzieście / I powiedzieć mogę śmiało – znam się trochę na tym mieście”. „Krakowski” okres Boya to czas jego przyjaźni z Przybyszewskim, Wyspiańskim, Rydlem (był obecny na jego weselu, opisał wiele lat później w niesamowity sposób, jak Wyspiański podpierał ścianę bronowickiej chałupy i swymi stalowymi oczyma spoglądał na ciżbę tańczących, widząc już swój genialny dramat). W tamtych czasach przyłączył się do „Zielonego Balonika”, napisał „Słówka” które nieraz cytują ludzie którzy nigdy ich nie czytali („Z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz”, etc.), rozpoczął akcje charytatywne, zaczął tłumaczyć dzieła literatury francuskiej. Okres „warszawski”, wybitny, ale nie tak barwny, interesuje już bardziej literaturoznawców (gigantyczna liczba przekładów) i krytyków (równie gigantyczna liczba recenzji teatralnych, skądinąd informująca nas o wielu sztukach, o których nikt poza specjalistami dziś już nie pamięta, co samo w sobie jest bardzo ciekawe. Jak stwierdził Gombrowicz – o rzeczach przemijających można pisać w sposób nieprzemijający). No więc był ten Boy krakusem z Warszawy, czy warszawiakiem z Krakowa?

Stanisław Lem, urodzony w polskim Lwowie, w odróżnieniu od Boya pamiętał dobrze swoje miasto z dzieciństwa i młodości. Wyjechał wraz z rodziną do Krakowa po zakończeniu II wojny światowej. Nie było innego wyjścia. Sowieci stawiali sprawę jasno: albo jedziesz do Polski w jej nowych granicach ustalonych w Jałcie, albo możesz zostać, ale jako obywatel sowiecki. Do końca życia powtarzał, że należy do wypędzonych. Nota bene mam w swoich zbiorach antykwaryczną ciekawostkę: „Mały słownik astronautyczny” wydany w 1960 r. W haśle „Literatura podróży kosmicznych” pojawia się nazwisko Lema jako „lekarza z Krakowa”, cenzura nie mogła Lwowa przepuścić. Pisarz wściekał się wtedy, podobnie gdy – za mojej już pamięci – w jakimś czasopiśmie umieszczono jego zdjęcie w ramach cyklu „Wielcy krakowianie”. Dziennikarze w całym mieście opowiadali po kawiarniach, że w tamtej redakcji mało  drzwi nie wyleciały z futryny, kiedy Lem wychodził. Do Lwowa już nigdy nie wrócił, mimo że nawet za czasów odwilży Chruszczowa, a tym bardziej w latach 1990 zachęcano go do zwiedzenia starych kątów. Mówił, że miasto to nie tylko domy, parki i ulice, ale przede wszystkim ludzie, a tamtych ludzi już nie ma. A jednak, jak sądzę, jeśli jacyś licealiści słyszeli coś o Lemie (a może nawet przeczytali którąś z jego książek), kojarzą pisarza z Krakowem, a nie ze Lwowem.

A teraz porzućmy towarzystwo wybitnych literatów i zniżmy się i to bardzo, mianowicie zstąpmy, w ramach kampanii która jest chociaż jej nie ma, zstąpmy jako mi się rzekło na posła Rafała Trzaskowskiego, który został kandydatem PO na prezydenta Warszawy. Urodzony w Warszawie Trzaskowski zarzucił kandydatowi PiS na to samo stanowisko, Patrykowi Jakiemu, że Jaki nie jest warszawiakiem, ponieważ urodził się w Opolu. Warto pamiętać, że Trzaskowski swego czasu nazywany był Czaskoskim, ponieważ jako urodzony w Warszawie naturalną koleją rzeczy mandat poselski zdobył w Krakowie i był posłem z Krakowa, do momentu gdy ogłoszono na konferencji prasowej, że jako warszawiak będzie kandydował na prezydenta Warszawy. Zaraz potem przestał być Czaskoskim  i stał się na powrót Trzaskowskim, o czym świadczy błyskawiczna zmiana tła na jego profilu na którymś tam z portali internetowych, gdzie pejzaż Krakowa został w mig zamieniony na pejzaż Warszawy. Nawiasem mówiąc, nie przypominam sobie, by prezydentowi Krakowa tow. prof. Jackowi Majchrowskiemu, rządzącemu moim miastem nieprzerwanie ponoć od 1257 r., a może i wcześniej, kiedykolwiek zarzucano to, że pochodzi z Sosnowca. Zarzucano mu i zarzuca się nadal różne sprawy, ale akurat nie pochodzenie. Wracając do Trzaskowskiego, swoimi stwierdzeniami obraził gros warszawiaków, bo o ile w Krakowie nietrudno spotkać kogoś, kogo genealogia związana jest z tym miastem od, dajmy na to, sześciu pokoleń, o tyle w Warszawie coś takiego jest prawie niemożliwe. I rzecz jasna, nie spowodowali takiego stanu rzeczy warszawiacy, lecz nasi przyjaciele Niemcy. Czy lemingi cieszące się z kładek pieszo-rowerowych zamiast porządnych mostów, zamykające się szczelnie w ogrodzonych i pilnie strzeżonych osiedlach, uprawiający dietę vege i popijających sojową latte w Starbuniu, a tak naprawdę pochodzący z innych miast bądź z prowincji pojmą, że Trzaskowski ich obraża? Oddadzą na niego głos, by kontynuował działalność swojej „mamy chrzestnej”? Nie znam dobrze meandrów wewnętrznej polityki Warszawy. Zobaczymy.

I, jak pisał nieodżałowany Frank Zappa – nie zapomnijcie pójść na wybory! Czasu do namysłu jest jeszcze dość.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small