Tekst alternatywny

U źródeł nazizmu

U źródeł nazizmu

Był sobie pewien kraj. Rozdrobniony w średniowieczu na niezliczoną ilość państw, państewek, państw-miast, posiadłości biskupich i prywatnych. Formalnie stanowił całość pod rządami cesarza, ale było to fikcją. Jego mieszkańców łączyło tylko to, że mówili tym samym językiem. W dobie reformacji nastąpiły podziały religijne – jedne z państewek pozostały przy katolicyzmie, inne przyjęły wiarę protestancką. Potem cesarz tego galimatiasu został zwolniony z funkcji przez innego cesarza – Napoleona.

Najpotężniejszym z tych państewek były w XIX wieku Prusy, które utuczyły się na rozbiorach Polski. Warszawę z tamtej epoki pamiętamy jako trzecie co do wielkości rosyjskie miasto, ale pierwotnie nasza polska stolica znalazła się pod władzą Prus. Wówczas to wykształciła się polityczna dychotomia: dwoma silnymi państwami w których mówiono tym samym językiem stały się Austria (pod dynastią Habsburgów) i Prusy (pod dynastią Hohenzollernów). Ponieważ takie państwa mają tendencje do jednoczenia się, powstał problem – pod rządami której z dynastii mają się połączyć?

Problem rozwiązał kanclerz pruski Otto von Bismarck. Doprowadził do wojny z Austrią, przetrzepał ją w bitwie pod Sadową (rok 1866) i wyrzucił Austrię z niemieckiej wspólnoty. Nie pozwolił natomiast na odebranie Austrii ani skrawka terytorium, dalekosiężnie przewidując, że Prusy w przyszłości będą potrzebowały sojusznika. Trzeba przyznać, że Bismarck (którego my, Polacy raczej nie mamy za co lubić) miał tęgi łeb. Pytany kiedyś przez dziennikarza o to, jaki będzie najważniejszy czynnik w razie konfliktu wojennego w nadchodzącym XX wieku, odparł – Taki, że po obu stronach północnego Atlantyku mieszkają dwa narody mówiące tym samym językiem. Było to proroctwo obu wojen światowych. Niemcy tego nie zrozumieli. Bismarck już od dawna nie żył, kiedy Amerykanie w 1917 roku włączyli się do wojny. Niemcy się śmiali. Przestali się śmiać, kiedy generał Pershing sprowadził do Francji dwa miliony amerykańskich żołnierzy.

Ale wróćmy do XIX wieku. W ciągu niespełna roku, w latach 1870-71 Prusy z poduszczenia Bismarcka (słynna depesza emska) stoczyły zwycięską wojnę z Francją. Upadło II Cesarstwo i Prusy stały się najpotężniejszym państwem w Europie kontynentalnej. Teraz mogły proklamować swoje własne cesarstwo, co nastąpiło w Wersalu. Pierwszym cesarzem tzw. II Rzeszy Niemieckiej został dotychczasowy król Prus Wilhelm I, po nim Fryderyk III panujący ledwie 99 dni, bo umarł na zapalenie płuc, wreszcie na tron wstąpił w roku 1888 Wilhelm II.

I tutaj właśnie docieramy do źródeł nazizmu. Można by oczywiście powoływać się na rozważania Hegla czy Nietschego, ale nie piszę przecież monografii naukowej. Dość skreślić parę słów o Wilhelmie. Urodził się w roku 1859, zatem obejmując władzę miał lat zaledwie dwadzieścia dziewięć. Urodził się jako kaleka: jego lewa ręka była przykrótka i nie w pełni był w stanie się nią posługiwać. Zachowały się fotografie cesarza, do których pozuje w ciemnym wojskowym płaszczu, a w lewej dłoni trzyma opuszczone białe rękawiczki. Miał, mówiąc współczesnym językiem, dobrych specjalistów od PR, bo te rękawiczki optycznie przedłużały mu rękę. Zmajstrowano dla niego specjalny zestaw sztućców, gdzie widelec mógł pełnić również i rolę noża, więc przy obiedzie posługiwał się tylko prawą, sprawną ręką. Wielu Niemców uważało, że to kalectwo jest złą wróżbą dla przyszłości państwa. Mieli rację.

Wilhelm II był człowiekiem niesłychanie butnym i aroganckim. Mawiał: „My, Hohenzollernowie, otrzymaliśmy nasze korony bezpośrednio z nieba i tylko wobec nieba jesteśmy odpowiedzialni za obowiązki, które się na nas składa”. Każdy normalny król w tamtych czasach, pod koniec XIX wieku, w epoce w pełni już nowoczesnej, gdy władcy tylko panowali a rządził demokratycznie wybrany premier i parlament, postukał by się w łeb na takie słowa. Może za wyjątkiem cara Rosji, Mikołaja II, który w liście do Wilhelma (skądinąd pisanym po angielsku) żalił mu się, że duma państwowa i ministrowie pchają go do sojuszu z Francją i Wielką Brytanią, a „Angliczanin eto żyd”.

Był wyznawcą kultu siły i przemocy. Ubzdurało mu się, aby zbudować niemieckie imperium kolonialne, co stawiało jego kraj w oczywistym konflikcie z Wielką Brytanią. Bismarck był temu przeciwny. Wskazywał, że znakomite wyniki gospodarcze i osiągnięcia naukowe i techniczne Niemiec, szczególnie w rodzącym się wówczas przemyśle chemicznym, predestynują Rzeszę do opanowania gospodarczego całego kontynentu (skąd my to znamy?). Wilhelm nie posłuchał i odwołał Bismarcka z urzędu, zastępując go miernotami (jeden z najsłynniejszych rysunków z gatunku satyry politycznej w całej historii prasy to „Pilot schodzi z okrętu” – są różne wersje tytułu – przedstawiające kanclerza stępującego na ląd i przyglądającego się temu z zadowoleniem cesarza).

Przez swoją arogancję, szowinizm i wiarę w wyższość rasy niemieckiej pchał Europę do wojny. Niewątpliwie jego przemówień (a był bardzo dobrym mówcą) z wypiekami na twarzy słuchał młody, niespełniony austriacki malarz. To była dla niego inspiracja. Rozwinął ją bardzo twórczo. Trzeba przyznać Wilhelmowi, że jednak nie zamierzał eksterminować całych narodów, tylko zapędzać je do pracy na rzecz swojego państwa. W roku 1914 rozgrzał się tak, że namówił cesarza Austro-Węgier Franciszka Józefa do wypowiedzenia wojny Serbii. Dobrotliwy staruszek (czyli po naszemu „stary pierdoła”) wszedł w to, bo miał już słaby kontakt z rzeczywistością. Co ciekawe, Wilhelm, prący do wojny, przestraszył się wówczas i zaproponował negocjacje pokojowe, ale było już po ptokach, jak to się mówi u mnie w Krakowie. Tak wybuchła I wojna światowa, którą do 1939 roku nazywano po prostu Wielką Wojną, bo mało kto się spodziewał, że wojny światowe trzeba będzie numerować. W ciągu kolejnych lat wojny Wilhelm był coraz bardziej marginalizowany przez wojskowych. Faktyczna władza przeszła w ręce generalicji, głównie feldmarszałka von Hindenburga i kwatermistrza Ludendorfa. Przychodził na narady i słuchał, co mówią wysocy oficerowie, po czym bez słowa podpisywał wszystkie dokumenty, które mu podsunięto. Sic transit gloria mundi.

Zmuszony do abdykacji w 1918 roku, udał się na wygnanie do Holandii, gdzie zajął się pisaniem pamiętników i rąbaniem drewna. Zmarł tam w 1941 roku, do końca wierząc, że austriacki malarz przywróci w Niemczech monarchię i zaprosi go do ponownego objęcia władzy. Jego syn, również Wilhelm, sympatyzował z nazistami, ale wbrew plotkom do NSDAP nie wstąpił. W roku 1934, po tzw. Nocy Długich Noży wycofał się z życia politycznego, choć wcześniej rozważano jego kandydaturę na prezydenta.

Po co ten szkic? Otóż w listopadzie świętować będziemy stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Bez I wojny światowej mielibyśmy małe szanse na Niepodległą, a Wilhelm II walnie przyczynił się do rozpętania wojennego kataklizmu. Z jednej strony uosabiał najgorsze pruskie cechy i inspirował nikomu nieznanego wtedy Hitlera do szerzenia rasizmu i skrajnego nacjonalizmu, doprowadzając go i jemu podobnych do stworzenia zbrodniczej ideologii nazistowskiej. Z drugiej – gdyby wojna wybuchła z jakieś 20 lat później – bo wybuchnąć tak czy siak musiała – może naród polski nie zdołałby stanąć na nogach? W każdym razie, jedno jest pewne. Gdyby Wilhelm II żył dzisiaj, mógłby  wstąpić do jakiegoś stowarzyszenia LGBT i zaprzyjaźnić się z Robertem Biedroniem. Był biseksualistą.

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress