Tekst alternatywny

Kaseta VHS

Kaseta VHS

Jedno z pierwszych wydarzeń politycznych które wywarło na mnie trwałe wrażenie miało miejsce 30 listopada 1988 roku. Byłem już wtedy na tyle dojrzały, by jako tako zrozumieć, że wokół mnie dzieje się wielka historia.

Przy okrągłym stole (nie, nie tym; po prostu w dużym pokoju w mieszkaniu mieliśmy wtedy stół o okrągłym kształcie) zasiedli moi rodzice i paru sąsiadów i znajomych. Niedawno kupiony (w Peweksie? tego już nie pamiętam) japoński telewizor dawał piękny obraz, oczywiście jak na warunki odziedziczonego po towarzyszu Gierku beznadziejnego francuskiego systemu SECAM. Jako początkujący nastolatek byłem z oczywistych powodów oddelegowany do obsługi elektroniki. Kucnąłem obok również japońskiego nabytku, płaskiego i zgrabnego aparatu, który wówczas wydawał mi się absolutnie śliczny w swojej nieziemsko ergonomicznej funkcjonalności i włożyłem doń podłużne pudełko z taśmą magnetyczną, czyli kasetę VHS. Takie to były czasy. O dyskach DVD, czy przenośnych HD nikomu wtedy się jeszcze nie śniło.

Kaseta wjechała do środka, wydała z siebie parę dziwnych trzasków, po czym wyjechała z powrotem. Trudno, początki bywają trudne; widocznie wsunąłem ją pod złym kątem. Spróbowałem ponownie i wtedy gorliwie pomrugujące światełko i szum taśmowej „rozpędówki” przekonały mnie, że wszystko jest w porządku.

Potem wcisnąłem klawisz REC, w chwili, gdy na ekranie pojawił się jakiś bubek, zegar upewniający telewidzów że wszystko dzieje się w czasie realnym i nie jest montowane, i dwóch panów – jeden siwy, a drugi siwiejący, z wąsami i ze znaczkiem z Matką Boską i drugim, z „Solidarnością”, w klapie.

Tak, oczywiście, to była legendarna debata Miodowicz – Wałęsa. Nie będę streszczać; każdy może ją sobie dziś obejrzeć na portalu YouTube. Pamiętam dobrze okrzyki starszych: „Dobrze, Lechu!”, „Ale go zgasił!”, „Głupi Miodowicz, wystawił się!”, „Nie, to jego wystawili!”, „Zwycięstwo!!!”. I to rzeczywiście było zwycięstwo, jego klimat udzielił się i mnie, smarkaczowi. Teraz wszystko – wszystko! – mogło się zmienić.

Tak to było. Mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych jeden z programistów owego widowiska nagrywanego przeze mnie na wideo, Adam Michnik, wspominał: „(Przed debatą – przyp. T.K) …postanowiliśmy zrobić sparing. Lech miał być sobą, a ja Miodowiczem. >>Panie Wałęsa – mówię – dlaczego pan się zawsze otacza jakimiś doradcami? Przecież to tak wygląda, jakby to oni panu rozkazywali i jakby pan uważał, że są od pana mądrzejsi?<<. A Lech mi na to: >>Panie Miodowicz, przy dobrym panu to i pies się pożywi<<. Nie było o czym rozmawiać. Już nie miałem wątpliwości, że Lechu musi tego biednego Miodowicza zmasakrować (…). Wieczorem razem z Bronkiem Geremkiem pojechaliśmy do Wajdów oglądać ten pojedynek. Cały strach moich kolegów prysł może minutę po tym, jak Wałęsa pojawił się na wizji. Usiadł i od pierwszej chwili flekował Miodowicza jak psa. Walił i deptał. Deptał, walił i dodeptywał”.

A po debacie – „Arcybiskup Dąbrowski przysłał wszystkie alkohole, jakie były w Episkopacie. I wszystkośmy wypili. To był rzeczywiście wielki wieczór. Kiedy go sobie przypomnę, jeszcze mi głos drży ze wzruszenia, jak mogło być fajnie i jak to się wszystko spieprzyło…”.

To ostatnie zdanie Michnika budzi moje wątpliwości, podejrzenie hipokryzji. Skoro wypowiadał je w okolicach 1995 r., to właśnie wtedy było mu „fajnie”. Wkrótce Wałęsa przestał być prezydentem RP, nastąpiła błogosławiona era Aleksandra Kwaśniewskiego, kiedy to „Gazeta Wyborcza” rządziła Polską przez swoją parlamentarną emanację pod postacią Unii Wolności, niezależnie czy „lewica” czy „prawica” w tym parlamencie przeważały. A Wałęsę, już nieszkodliwego, można było wziąć – po kilkuletnich sporach – na swoje sztandary.

Tamtą kastę VHS do dzisiaj trzymam w jakiejś szufladzie – tylko nie mam już jej na czym odtworzyć. Dawno temu przestawiłem się na nośniki cyfrowe. Podobno zapis magnetyczny ulega z czasem stopniowemu zanikowi, może więc w ogóle nie da się jej odegrać. Ale z drugiej strony, znalezioną niedawno w innej szufladzie kasetę magnetofonową na której w 1985 r. nagrywałem piosenki z Listy Przebojów „Trójki” udało mi się bez problemu odsłuchać w zalegającym w jeszcze innej szufladzie walkmenie, może więc nie jest aż tak źle?

Na pewno odtworzyć nie da się jednak tej euforii z 1988 r. Ostatnie rewelacje na temat materiałów znalezionych w domu Czesława Kiszczaka nie są dla mnie żadnymi rewelacjami. Dla kogoś takiego jak ja, z mojego pokolenia, podejrzenia pojawiły się w 1992 r., a ostatni cień wątpliwości znikł w 2008 r. po lekturze pracy Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa: przyczynek do biografii”.

Nie żal mi Lecha Wałęsy. Żal mi ludzi, których skrzywdził. I żal mi naiwności smarkacza, który wierzył dawno temu, wkładając kasetę VHS w paszczę japońskiego magnetowidu, że jest świadkiem wielkiego wydarzenia historycznego, podczas gdy w rzeczywistości był świadkiem odgórnie wyreżyserowanego spektaklu.

(Cytaty za: Adam Michnik, Józef Tischner, Jacek Żakowski „Między panem a plebanem”; Kraków 1995 r.)

Tomasz Kowalczyk

Tomasz_Kowalczyk_small