Wrzutka
POWTÓRKA Z PRZYGODY
Współczesna podróż na Alaskę jest trochę jak wizyta w starym kinie. Rejs do magicznego miejsca zapamiętanego z lektur młodości, filmów i pobieżnych informacji. Oczywiście czarno-białe, płowiejące ilustracje lepiej oddają klimat niż podróż luksusowym wycieczkowcem, który jednak w zderzeniu z potęgą gór i lodowców okazuje się jedynie łupinką na falach Pacyfiku. Ryzyko, z jakim musieli się zmagać poszukiwacze złota, praktycznie nie istnieje. Choć wyprawa łodzią między wielorybami przywodzi wspomnienia z „Piętnastoletniego kapitana” Verne’a czy „Moby Dicka” Melville’a. Tak samo podróż kolejką przez przełęcze, które ongiś zimą pochłonęły mnóstwo ofiar.
Ponieważ to Ameryka, wszystko jest doskonale zorganizowane i bezpieczne, jak jazda samochodem przez rezerwat, w którym można zaliczyć spotkanie z niedźwiedziem grizzly, łosiem, szopem praczem, jeleniem karibu, pumą czy sową śnieżną… Najwięcej emocji dostarcza lot helikopterem na ogromny lodowiec Denver – młodziutka pilotka nieomal muska ostre krawędzie turni i śmiało ląduje na śnieżnym polu. Również przyroda, urzekająca w swojej dzikości, na szczęście nie ugięła się przed cywilizacją. I pewnie prędko nie ugnie. W malowniczej osadzie Ketchikan, wśród kolorowych domków i indiańskich totemów, na własne oczy można się przekonać, kto dorobił się na alaskańskim złocie. Z poszukiwaczy jedni zginęli, drudzy zawrócili z niczym, inni wreszcie roztrwonili bezcenny piasek. Dorobili się za to, ciągnący w ślad za nimi, prozaiczni rzemieślnicy, barmani, fryzjerzy i oczywiście prostytutki. Nie spotykam za to śladów Rosjan, którzy przybyli tu przed Amerykanami, a ci, co są wśród turystów, wolą się nie ujawniać. Również ze wstydu.
W 1867 roku sprzedali Alaskę za cenę 5 dolarów za kilometr kwadratowy, zaś w negocjacjach po obu stronach uczestniczyli Polacy (w tym generał Włodzimierz Krzyżanowski), nic dziwnego więc, że mówi się o polskim spisku! I dzięki temu Klondike różni się od Kołymy.
